Ważny temat   
Nie bój się! Wierz tylko!
Dodano dnia 25.09.2018 09:49
Podobno jeśli chcemy rozbawić Boga, powinniśmy opowiedzieć Mu o naszych planach na życie. Tak sobie myślę, że osobiście często poprawiam Bogu humor, próbując przewyższyć intelekt mojego Stwórcy. No właśnie. Wydaje nam się, że sami lepiej zaplanujemy swoje życie, bo „co Ty w ogóle Boże możesz wiedzieć o codzienności takiego szarego człowieka jak ja, co? Twoje metody i wskazówki są już przestarzałe. Spójrz tylko na mnie! Wytrwać przy Tobie? Spełnić zadanie, które podobno mi powierzyłeś? Chyba żartujesz!".

Chciałam po swojemu. Raz, drugi, piąty. Nie wychodziło. Obiecałam poprawę. Zarzekałam się, że będzie inaczej. Nie było. Przyrzekałam, że się zmienię. Nie zmieniłam. Tyle obietnic złożyłam w tej sprawie i żadnej nie dotrzymałam. No musiał się w końcu wkurzyć, mimo że przecież jest Bogiem. A może właśnie dlatego, że Nim jest? To chyba nieważne (?).
Najważniejsze jest to, że teraz On chyba zaczyna układać wszystko po swojemu, a ja - chociaż wiem, że On wie najlepiej jak zrobić, żeby było dobrze - snuję się po domu całymi dniami i zamartwiam.

Nasze życie to nieustanna walka. I jesteśmy w niej silni dopóty, dopóki jesteśmy zatopieni w Bogu. Kiedy zaczynamy wątpić, gubimy się. Zupełnie jak Piotr: spaceruje po jeziorze, ale wystarcza zaledwie podmuch silniejszego wiatru i Piotr zaczyna tonąć. Ale oto obok jest Jezus. Piotr krzyczy w rozpaczy: „Jezu, ratuj mnie!", a Jezus natychmiast wyciąga swoją rękę i chwyta Piotra, ocalając go od śmierci [por. Mt 14, 22-33].

Ilekroć czytam ten fragment Pisma Świętego, moje oczy zatrzymują się przy słowie „natychmiast". Ale o tym za chwilę. Piotr przestraszył się silnego wiatru. My dziś też boimy się różnych doświadczeń. Śmierć bliskiej osoby, brak pracy, niechciana samotność, niespełniona miłość - to wszystko i jeszcze więcej przytłacza nas i przeraża. I często zaczynamy zwalać całą winę na Pana Boga. Pytamy Go „dlaczego?!", krzyczymy Mu w twarz „jak mogłeś do tego dopuścić?!", z goryczą mówimy: „I Ty śmiesz nazywać siebie kochającym Bogiem?!". To jeszcze i tak pół biedy, bo wciąż, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, modlimy się. Bóg mówi nam: „Chodźcie i spór ze mną wiedźcie!" [Iz 1, 18a], tym samym zapraszając nas do swoistej „kłótni" z Nim. Mnie tylko niepokoi jedna rzecz. Czy wiesz, co jest największym tryumfem szatana? To, że człowiek zapomniał o jego istnieniu. To, że winę za całe zło tego świata człowiek przypisuje Bogu, podczas gdy to szatan jest stwórcą zła. To naprawdę mnie niepokoi: Bóg, który dał mi życie, Bóg, który przyszedł na świat przez cudowne tchnienie Ducha Świętego, który żył pośród nas, który żył tak naprawdę dla nas i dla nas także oddał to, co miał tutaj najcenniejszego - swoje życie, ten mój Jezus jest dzisiaj obwiniany za całe zło. Trzydzieści parę lat życia, trochę mniej nauczania, cierpienie w Ogrojcu, droga na Golgotę, przybicie do krzyża i wreszcie śmierć - czy to wszystko ma teraz pójść na marne, bo człowiek zapomniał, że to szatan jest tym złym? Że to szatan skusił najpierw Adama i Ewę, a później próbował to samo zrobić z Jezusem? Jezu, błogosławione niech będzie kuszenie Ciebie i Twoje zwycięstwo...

...wracając do Piotra. Piotr zaczyna tonąć. W obliczu niebezpieczeństwa i zagrożenia życia krzyczy: „Jezu, ratuj mnie!". Co na to Jezus? Otóż Jezus nie czeka na dalsze błagania. On nie zwleka ani chwili, ale natychmiast wyciąga swoją dłoń i pyta Piotra: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?" Czy nie jest podobnie w naszym życiu? Jesteśmy małej wiary. Nie potrafimy wypłynąć na głębię. Ale kiedy życie bezczelnie nas na tę głębię wyrzuca (mam tutaj na myśli głębię doświadczeń i cierpienia), wówczas mamy dwa wyjścia: albo zrzucić całą winę na Boga i odwrócić się do Niego plecami, albo złapać się mocno Jego ręki i zaufać tej silnej dłoni. Jeśli zdecydujemy się na pierwsze wyjście i będziemy mu wierni do końca życia, prędzej czy później utoniemy. Jeśli natomiast pochwycimy Jezusa i to z Nim będziemy chcieli przetrwać burzę naszego życia, to On nigdy nas nie opuści. Musimy tylko chcieć i mocno uwierzyć, że z Nim nie ma rzeczy niemożliwych.

Oto więc stoi przed nami Piotr spacerujący z Jezusem po jeziorze. Piotr tonący. Piotr wołający o pomoc. Piotr uratowany. Piotr, który niedługo po tym trzykrotnie zaprze się Jezusa. Piotr śpiący w czasie, w którym powinien czuwać. Chyba każdy z nas może odnaleźć w tym Piotrze mniejszą lub większą część siebie samego. To nie powinno być trudne. Trudniej natomiast nam uwierzyć w to, że po tym wszystkim Jezus nas wciąż bezgranicznie kocha. Zdradziłam. Nie raz. Zaparłam się. Też nie raz. Ale nie chcę skończyć jak Judasz - na drzewie z pętlą wokół szyi. Chociaż i takie myśli już nie raz przelatywały mi przez głowę. Chcę być jak Piotr. Przyjdź do mnie, Jezu. Zapytaj mnie raz, drugi, piąty: „Czy kochasz Mnie?".

Zapytaj...

Magdalena Kania
Otwierany 86 razy Źródło: katolik.pl Autor: Magdalena Kania
Ocena   
  Zarejestruj / zaloguj się, aby oceniać
Komentarze   
Do tej pory nikt nie komentował
Twój komentarz   


Logowanie
Login
Hasło
Zakładanie konta
Wyróżnione teksty
Galeria naszego kościoła