Świadectwa   
Ofiarowany przez Boga czas
Dodano dnia 26.05.2019 10:15
Ofiarowany przez Boga czas.... Świadectwo matki, która nie zgodziła się na aborcję

 

W minionym roku wiele słyszeliśmy o „zmuszaniu matek do rodzenia chorych dzieci". W świecie, w którym kobiety nie chcą rodzić dzieci, lub zabijać je, gdy okażą się chore, niezwykle ważne są poruszające świadectwa matek, które nie zdecydowały się na aborcję. Takie, jak świadectwo Włoszki Titi, która wiedziała, że jej córeczka urodzi się śmiertelnie chora.

 

Kto z nas nie chciałby umrzeć godnie, w uścisku najbliższej osoby, która kojarzy nam się z bezpieczeństwem, ciepłem i miłością? Jednak każdego dnia, za zgodą sądów, lekarzy i samych matek niezliczona ilość dzieci jest z tej godności okradana.

 

Nie traćmy jednak nadziei. Cierpienie naprawdę może uszlachetniać, paradoksalnie umożliwić pełnię radości, nawet jeśli konsekwencją daru macierzyństwa jest szybka śmierć dziecka. Poruszające doświadczenia opisane przez jedną z włoskich matek o imieniu Titti na stronach portalu Aleteia, są tego potwierdzeniem.

 

„To była moja druga ciąża [piąty miesiąc]. Podczas USG dowiedzieliśmy się, że nasza córeczka Benedetta ma dysplazję śmiertelną. Lekarz powiedział, że dziecko na pewno umrze albo zaraz po urodzeniu, albo w ciągu pierwszego roku życia i będzie straszliwie cierpieć. A potem dodał, że w tym wypadku jedyną metodą leczenia jest aborcja terapeutyczna."

 

Titti wyznaje, że na początku nie wiedziała co to jest aborcja terapeutyczna, jednak od samego początku wraz mężem byli ukierunkowywani przez środowisko medyczne na to rozwiązanie, jako jedyne możliwe: „Lekarze tłumaczyli, że aborcja to jedyny sposób, żeby nasza córka nie cierpiała, doszliśmy więc do wniosku, że nie ma innego wyjścia".

 

Aborcja terapeutyczna, określana jako, o zgrozo, forma leczenia, polega na podaniu kobiecie prostaglandyny, żeby pobudzić skurcze i wywołać poród. W przypadku większości kobiet pierwsza dawka nie wystarcza. Po dwóch lub trzech dniach znowu podaje się prostaglandynę: „To świadczy o tym, jak silnie dziecko jest przywiązane do życia. Dzieci umierają w czasie porodu, ponieważ dotknięte są różnymi wadami, a że przychodzą na świat przedwcześnie, nie mają sił walczyć o przeżycie. Innymi słowy, poród nie prowadzi do życia, lecz do śmierci", wyjaśnia Titti.

 

Kobieta opisuje również swoje doświadczenia związane z przygotowaniem do zabiegu aborcji, kiedy pokazano jej salę, w której odbywa się mozolny proces uśmiercania nienarodzonego jeszcze dziecka: „W środku była młoda dziewczyna w trakcie aborcji. Obok łóżka siedziała jej mama. Płakała i trzymała córkę za rękę, a dziewczyna krzyczała z bólu. Ta kobieta słyszała, jak wcześniej rozmawiałam z lekarką i wiedziała, że mam przejść to samo. Spojrzała na mnie i powiedziała: „u mojej córki to też jest aborcja terapeutyczna". Nigdy nie zapomnę smutku, goryczy i rozpaczy tych słów. „Nie mogliśmy postąpić inaczej" - dodała. W jej oczach była pustka i beznadzieja. Tam nie było Boga, nie było nadziei, ponieważ Bóg jest nadzieją". Ta przerażająca i beznadziejna scena, która przypomina czeluści piekielne, uzmysłowiła Titti, że aborcja nie jest rozwiązaniem niezwykle trudnej sytuacji, z którą przyszło jej się zmierzyć.

 

Kobieta opisuje również traumatyzujące doświadczenia związane z opieką psychiatryczną, mającą wspomagać kobiety, takie jak ona, w ich trudnej sytuacji. Jednak, jak wspomina Titti, opieka ta była bezosobowym, pozbawionym szacunku i godności dla drugiego człowieka zmuszaniem do zabicia własnego dziecka: „Jest pani tutaj, żeby zrobić aborcję terapeutyczną, tak czy nie?". „Nie" - wyrzuciłam z siebie. - „Przyszłam porozmawiać. Zdaje pan sobie sprawę z tego, że urodzę, żeby zamiast życia dać mojej córce śmierć?" Psychiatra nie dawał za wygraną: „No, to jak, chce pani tej aborcji?" Odpowiedziałam, że nie i wyszłam z gabinetu, słysząc jeszcze jak zirytowany lekarz mówi: „Za dwa dni będzie tu pani z powrotem i wszystko pani podpisze".

 

Titti następnego dnia wycofała żądanie aborcji, co spotkało się z entuzjastyczną reakcją pielęgniarek: „Pielęgniarka, której o tym powiedziałam, przyjęła tę decyzję z wielką radością. Podniosła do góry kartę i zawołała: „Chodźcie, chodźcie, Mallitti rezygnuje!" i dodała: „Brawo! Pozwól działać naturze". Kobieta wyznała, że po opuszczeniu oddziału szpitalnego poczuła, że uwolniła się od śmierci, poczuła bliskość Boga, pomimo tego, że nie wiedziała, co wydarzy się w przyszłości.

 

Decyzja o rezygnacji z zabiegu aborcji wiązała się w przypadku Titti również z problemami małżeńskimi, ponieważ przerażonemu mężowi kobiety początkowo trudno było zaakceptować narodziny dziecka, które zaraz miało umrzeć. Jednak uduchowiona Titti wspomina słowa, które pomogły jej przetrwać również i ten kryzys, a przede wszystkim przyjąć krzyż na swoje ramiona: „Nigdy nie zapomnę tego, co powiedział mi pewien ksiądz: Musisz być wierna swojemu mężowi we wszystkim z wyjątkiem grzechu. To była słuszna decyzja. Czułam, że Bóg jest ze mną, że spełniam Jego wolę. Nie przejmowałam się krytyką. Liczył się tylko Pan, tak, które Mu powiedziałam i które chciałam doprowadzić do końca. Miałam cierpieć, miałam oglądać śmierć własnego dziecka, ale On obiecał mi, że mnie pocieszy, że mnie nie opuści. I dotrzymał słowa".

 

Jednym z największych darów jakie otrzymała Titti w obliczu tragedii z jaką musiała się zmierzyć była świadomość, że jej córeczka odejdzie otoczona miłością, czując bliskość matki: „Wiele razy prosiłam Pana, żeby nie kazał naszej córeczce umierać w samotności, żeby obdarzył mnie łaską bycia z nią w tym momencie. I tak się stało. Wzięłam ją na ręce i wyszeptałam: Benedetta, kochanie ty moje, jeśli chcesz odejść, idź. Jesteśmy gotowi. Idź do Jezusa i powiedz mu, że jesteśmy szczęśliwi, że przyszłaś na świat. Jesteś wyjątkowa, nauczyłaś nas, czym jest miłość. W tym momencie do pokoju wszedł Michele. Benedetta wydała ostatnie tchnienie".

 

Niezwykłym pozostaje opis przeżyć Titti z pogrzebu córeczki. Opis, który nie jest wyrazem rozpaczy i cierpienia, ale paradoksalnie radości i nadziei: „Ten pogrzeb był Paschą mojego życia. Kiedy trumna została wprowadzona do kościoła, [...]. Zalała mnie nieziemska radość i czułość. To była radość kogoś, kto umiera i widzi pusty grób. Poczułam pewność, że Benedetta jest w niebie, bardziej żywa niż ja, że życie wieczne istnieje. Ten pogrzeb był jakby ukoronowaniem mojego życia i ciągle, choć minęły już cztery lata, czuję tę samą radość, a zarazem nie pamiętam o bólu i cierpieniu. To łaska, jaką otrzymałam od Pana".

 

Bohaterskie doświadczenia Titti mają swój ciąg dalszy. W porozumieniu z neonatolożką z Columbia University Medical Center w Nowym Jorku, doktor Elvirą Parravicini udało jej się wprowadzić Comfort Care w szpitalu Villa Betania w Neapolu, gdzie urodziła swoją córeczkę. Jest to protokół leczenia, którym objęto potem także inne szpitale w południowych Włoszech: „Comfort Care polega na opiece nad rodzinami oczekującymi dziecka, u którego zdiagnozowano wady uniemożliwiające przeżycie. Obejmuje trzy elementy: odżywanie noworodka taką drogą i w taki sposób, które będą najlepsze w jego stanie, zamiast hospitalizacji na oddziale intensywnej terapii umieszczenie noworodka w przytulnym pokoju, gdzie członkowie najbliższej i poszerzonej rodziny, włącznie z małymi dziećmi, mogą przyjąć dziecko, otoczyć je miłością i towarzyszyć mu aż do śmierci. Może się tam odbyć chrzest lub obrzędy innych religii. Trzecim kluczowym elementem jest leczenie bólu u noworodka za pomocą najodpowiedniejszych w danym wypadku środków. Chodzi o to, żeby zrobić wszystko, by dziecko nie cierpiało i najlepiej jak to możliwe, przeżyło dany mu przez Boga czas".

 

 

Otwierany 144 razy Źródło: https://pch24.pl/
Ocena   
  Zarejestruj / zaloguj się, aby oceniać
Komentarze   
Do tej pory nikt nie komentował
Twój komentarz   


Logowanie
Login
Hasło
Zakładanie konta
Wyróżnione teksty
Galeria naszego kościoła