Świadectwa   
Ja o feminizm nie walczyłam-poznaj świadectwo Beaty
Dodano dnia 08.03.2019 22:15
Teraz moja druga córka ma już 6 lat, a ja niemal za każdym razem, kiedy patrzę jak śpi zadaję sobie pytanie o to, co bym zrobiła, gdybym ją wówczas straciła. Odczuwam przy tym ściskanie w sercu i ukłucie pełne żalu na samą myśl tego co chciałam zrobić - mówi Pani Beata, szczęśliwa matka dwóch dziewczynek. Starsza ma na imię Julka, ale to młodszej Moniki dotyczy cała historia.

 

Jak poradziła sobie pani z przyjściem na świat drugiego dziecka?

Kiedy starsza córka miała 3 lata nie wyobrażałam sobie, że będę w stanie kochać drugie dziecko w takim samym stopniu, z taką miłością. Oczywiście myślałam o kolejnym dziecku, nigdy nie chciałam wychowywać tylko jedynaczki. W tamtym czasie mieliśmy ciasną kawalerkę i obawialiśmy się wydatków związanych z drugim dzieckiem. Mimo wszystko przez rok dojrzewałam do tej decyzji. Z Tomkiem byliśmy po ślubie cywilnym. Miał stałą pracę, która umożliwiała nam wzięcie kredytu na zakup większego mieszkania. Wielokrotnie namawiałam go, żebyśmy wzięli ślub kościelny. Raz nawet udało mi się wyznaczyć termin, ale Tomek tuż przed zmienił zdanie. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży bardzo się ucieszyłam.

 

Jak to się zatem stało, że przyjęła pani leki mające wywołać poronienie?

Po tym jak poinformowałam Tomka, że jestem w ciąży, on wpadł w szał. Twierdził, że zaszłam w ciąże specjalnie, co jest nieprawdą. Kazał mi „coś z tym zrobić". Z tą sytuacją zostałam całkiem sama. Codziennie robił mi awantury, to było istne piekło. Pewnego dnia rozmawiałam ze znajomą, która usunęła swoje dziecko. Powiedziała mi, że zrobiła to zażywając silne leki na jakąś ciężką chorobę, które przy okazji powodują poronienie. Poszłam za jej radą, jako że była to jedyna rada jaką otrzymałam. Przed nikim innym nie odważyłam się otworzyć i opowiedzieć o tym co dzieje się w moim prywatnym życiu. Wszystko dusiłam w sobie. Przez kilka dni brałam leki, aż poczułam silne bóle brzucha i dostałam lekkiego krwawienia. Przestraszyłam się tego co robię i zgłosiłam się do szpitala. Lekarz, który mnie badał okazał mi bardzo dużo życzliwości i zapytał mnie wprost: „Czy chce pani urodzić to dziecko?" Wtedy coś we mnie pękło i zdałam sobie sprawę, że mogę je naprawdę stracić i powiedziałam, że chcę. Dowiedziałam się od niego, że z ciążą jest wszystko w porządku, ponieważ organizm źle zareagował na leki i w większości je wydalił. Zostałam kilka dni w szpitalu na obserwacji i dostałam wzmacniające kroplówki. Kazano mi się zgłosić po dwóch tygodniach w celu wykonania USG i skontrolowania przebiegu ciąży.

 

Jak zareagował pani partner?

Tomek gdy przyjechał do szpitala miał do mnie żal, że podjęta przeze mnie próba zabicia własnego dziecka się nie powiodła. Zrobił mi awanturę na korytarzu i wrócił do domu. On nie myślał wtedy w kategorii dziecko, a raczej, że to tylko płód. Podejrzewam, że gdyby było inaczej to również miałby większe opory i nie wywierałby na mnie takiej presji. Po dwóch tygodniach od wyjścia ze szpitala zgłosiłam się na USG. Dokładnie pamiętam ten dzień, kiedy całą drogę czułam jak serce w piersi wali mi jak oszalałe. Okazało się, że z dzieckiem jest wszystko w porządku. Zadzwoniłam do Tomka i ku mojemu zdziwieniu zmienił swoje nastawienie, zarówno do mnie jak i do dziecka. Przez całą ciążę bardzo na mnie uważał, czuwał nade mną bardziej, niż w trakcie pierwszej ciąży. Tuż po porodzie kilkukrotnie dopytywał się o stan zdrowia dziecka i widać było, że bardzo się martwi.

 

Teraz moja druga córka ma już 6 lat, a ja niemal za każdym razem, kiedy patrzę jak śpi zadaję sobie pytanie o to, co bym zrobiła, gdybym ją wówczas straciła. Odczuwam przy tym ściskanie w sercu i ukłucie pełne żalu na samą myśl tego co chciałam zrobić. Monisia jest bardzo pogodnym dzieckiem. Światłem w moich trudnych chwilach - zawsze potrafi poprawić mi nastrój. Nie mówiąc już o tym, że nie potrafię się na nią gniewać. Każda przebyta przez nią choroba rodzi we mnie uczucie strachu, czy nie jest ona przypadkiem następstwem dokonanych przeze mnie czynów. Dzięki Bogu Monika urodziła się zdrowa i jest bardzo silnym i aktywnym dzieckiem. Wnosi tyle radości w moje życie, że nie wiem, co by się stało gdyby było inaczej. Nie wyobrażam sobie życia bez niej.

 

Jak obecnie układa się wasza sytuacja?

Pomimo lęku męża przed powiększeniem rodziny i tym jak sobie poradzimy, bez problemu dostaliśmy kredyt i kupiliśmy mieszkanie. Nasza sytuacja finansowa nie uległa pogorszeniu, a nawet mam wrażenie, że jest lepiej, niż zakładaliśmy. Nasze obawy były bezpodstawne i niepotrzebnie pozwoliliśmy się sparaliżować lękom. W zasadzie na wszystko mamy. Dodam tutaj, że jestem za tradycyjnym karmieniem piersią, a nie sztucznymi proszkowymi mieszankami, które m.in. powodują alergię i są ciężkostrawne. Mówię o tym, ponieważ spotykało mnie z tego powodu wiele szykan, bo tak długo karmię dzieci piersią. Ostatecznie stanęłam przy swoim i okazało się, że żadnej szkody im tym nie wyrządziłam i wbrew pozorom nie miałam problemów z odstawieniem dzieci od piersi. Starsza miała prawie 3 lata, a młodsza równo 3, gdy podjęłam decyzję, że jest im to nie potrzebne. Szczęśliwie zrozumiały i obyło się bez histerii. Te, jak i inne doświadczenia uodporniły mnie na presje i sugestie otoczenia.

 

Co dla pani jest najważniejsze w wychowywaniu córek i jaką rolę odgrywa pani partner w ich wychowaniu?

Wychowuję dzieci intuicyjnie i jeśli dziecko pokazuje mi, że chce się uczyć to mu w tym pomagam. Staram się dostrzegać talenty i umacniać je oraz wspierać w dalszym ich rozwoju.

 

Nauczmy się obserwować swoje pociechy, dajmy im z siebie każdą wolną chwilę. Mimo zmęczenia nie żałujmy im czasu. Rozumiem, że praca zawodowa jest ważna, ale dziecko jest jeszcze ważniejsze. Jego dzieciństwo minie szybko, a my zostaniemy bez wspomnień, zgorzkniali i źli na siebie, że człowiek gonił tylko za pieniędzmi nie zważając na uciekające chwile. Niestety Tomek jest innego zdania. Dla niego pieniądze są priorytetem, środkiem do wkupienia się w lepszy standard życia. Nie rozumie mnie kiedy tłumaczę mu, że wystarczy zarabiać tyle, aby żyć godnie, ale szczęśliwie. Twierdzi, że nie mam ambicji, ponieważ nie chcę znaleźć pracy, w której mogłabym awansować zawodowo i finansowo. Taką, żebym mogła w niej zrobić karierę. Dla mnie to nie jest najważniejsze. Życie nam mija, a on nie widzi jak dziewczynki dorastają. Prawie nie uczestniczy w ich życiu, bo albo jest zmęczony, albo jest akurat w pracy. Ja jestem prawdziwą „kurą domową" i jestem z siebie dumna (!).

Ja o feminizm nie walczyłam, jestem normalną kobietą. Jest tak po pierwsze dlatego, że zajmuję się dziećmi, sprzątam mieszkanie, gotuję i piorę. Po drugie jako nauczycielka spełniam swoje powołanie ucząc inne dzieci, dając im przykład swoją osobą. Jestem cierpliwa wobec swoich i cudzych dzieci i staram się być wyrozumiała wobec ich potrzeb. Do każdego dziecka podchodzę indywidualnie, wiedząc że w ich domach jest również różnie.

 

Czy była pani osobą wierzącą w momencie dokonywania tak nieszczęśliwej decyzji?

Wierzyć w istnienie Boga wierzyłam i nigdy nie budziło to moich najmniejszych wątpliwości. Natomiast sprawa związana z życiem sakramentalnym znalazła się na marginesie. Czasami namawiałam Tomasza, żebyśmy poszli do Kościoła na Mszę św., ale gdy przychodziła niedziela to wymyślał tysiąc innych propozycji na spędzenie dnia. Ja sama byłam uległa i na Mszę św. chodziłam tylko sporadycznie. W tym wszystkim przewijało się pragnienie ślubu i regularnego uczestniczenia w życiu Kościoła. Kiedy moja starsza córka przygotowywała się do pierwszej Komunii Świętej, zaczęłam razem z nią uczęszczać na Msze i różne nabożeństwa. Kierowało mną silne natchnienie. Za każdym razem kiedy przychodziłam dziękowałam Bogu, że ocalił życie mojej córki. Dziś wiem, że dzięki Bogu czuję siłę i mam chęć, aby żyć i cieszyć się każdym dniem.

 

A jak to wygląda teraz? Czy nadal zbliża się pani do Boga i próbuje poznać swoją wiarę?

Kiedy zdarza się, że wraz z córkami przechodzimy obok kościoła to wchodzimy do niego, żeby chociaż przez chwilę się pomodlić. Zawsze czuję się umocniona i wiem, że Bóg czuwa nade mną i nad moimi dziećmi. Jakiś czas temu odkryłam Mszę św. w klasycznym rycie, która dość intensywnie wpłynęła na mnie i na moją starszą córkę, poprzez ciszę obecną na tej właśnie Mszy św.. Dzięki temu wyostrzyło się w nas odczuwanie Bożej obecności. Jako nastolatka nie czułam potrzeby chodzenia do kościoła, wtedy Msza nie przemawiała do mnie, nie rozumiałam czym jest i czemu służy. Pomimo występowania we Mszy św. słów łacińskich nie stanowi to dla mnie problemu w uczestniczeniu w niej, ponieważ są broszurki z tłumaczeniem. Język ten jest wręcz stworzony do śpiewu i sam niesie pieśni i modlitwy do Boga. Nawet Julka woli chodzić na Mszę św. klasyczną, niż na nową. Tam się rozpraszała, a tu jest spokojna.

 

Wraz z córką zapisałyśmy się na różaniec fatimski i codziennie odmawiamy 1dną dziesiątkę różańca i 1den cały różaniec w miesiącu, aż do 13 października włącznie. O ile sama kiedyś nie przywiązywałam wagi do modlitwy, o tyle teraz modlimy się co wieczór, również za Tomka, który większość dnia jest w pracy. Dziewczynki bardzo chętnie modlą się za tatę.

 

Czy chciałaby pani coś przekazać innym kobietom borykającym się z podobnymi problemami i zastanawiającymi się nad zażyciem tego typu środków?

Zanim coś zrobią niech się pomodlą do Matki Bożej, ponieważ Ona też jest kobietą i niech odczekają z decyzją, bo Ona je na pewno natchnie. Zawsze Bóg pomaga mi w trudnych sytuacjach. Niech swoje troski i zmartwienia oddadzą w ręce Maryi i cowieczorną modlitwą proszą o pomoc, a Ona odpowie w jak najlepszy możliwy dla nich sposób.

 

 

Rozmawiał Michał Murgrabia

 

 

Otwierany 161 razy Źródło: pch24.pl/ Autor: Michał Murgrabia
Ocena   
  Zarejestruj / zaloguj się, aby oceniać
Komentarze   
Do tej pory nikt nie komentował
Twój komentarz   


Logowanie
Login
Hasło
Zakładanie konta
Wyróżnione teksty
Galeria naszego kościoła