Świadectwa   
Aniołowie w życiu ludzi.
Dodano dnia 02.10.2020 08:53
Brat Andrzej opowiada jak Anioł Stróż pomógł mu przewieźć w samochodzie Biblie do Rumunii w czasach reżimu komunistycznego (C. Leslie Miller, Todo sobre los Angeles, Ed. Clie 1974, s. 112-113):

 

Przede mną na granicy celnej stało już sześć samochodów. Celnicy robili bardzo szczegółową kontrolę. Rewizja każdego samochodu trwała przeszło pół godziny. Zacząłem modlić się: „Panie, wiem, że mój spryt nie wystarczy, aby przejść przez tę przeprawę celną. Proszę Cię, Panie, uczyń cud. Wyjmę kilka Biblii i położę je na wierzchu. W ten sposób będę miał pewność, że nie zależę od siebie, lecz od Ciebie, Panieł. Czekając na swoją kontrolę brat Andrzej wyjął kilka Biblii z różnych schowków samochodu i położył je na siedzeniu obok siebie. Wreszcie podjechał na punkt kontrolny. Celnik popatrzył na jego dokumenty, na jego twarz, zwrócił mu je i dał ręką znać, aby jechał. „Moja kontrola trwała 30 sekund. Pan przyszedł mi z pomocą przez swoich Aniołówł. Prośmy i my w razie niebezpieczeństwa: „Boże, Najwyższy Panie, spraw swoją mocą przez Twych Świętych Aniołów, abyśmy się stali niewidzialni dla naszych nieprzyjaciół. Amen.

 

Anusiu, wezwij świętego Anioła Stróża i skacz!
A.M. Weigl, Schutzengel-Erlebnisse, V. St. Grignionhaus Altötting 1984, s. 38-39:

 

W środku nocy, nagle, w miejscowości Zams w Tyrolu zaczął bić dzwon. W płomieniach stanęły dwa z największych domów. Przed płonącymi domami zgromadziły się tłumy ludzi. Nic już nie można było uratować, gdyż płomienie ogarniały dachy. Z wielką biedą mieszkańcy domów uratowali własne życie. Ale co to? Właśnie otwiera się okno na dachu w jednym z tych domów i ukazują się twarze dwóch dziewczynek: ośmio- i dwunastoletniej. W zdenerwowaniu i przestrachu zapomniano o dzieciach śpiących w pomieszczeniach na strychu. Stojących ogarnęło okropne przerażenie. Ogień był już tak blisko dzieci, że prawie ich włosy zaczynały się palić. Starsza dziewczynka odezwała się wtedy do młodszej: „Wyskoczymy! Nasz Anioł Stróż nam pomoże. Ja skaczę pierwsza. Gdy mi się nic nie stanie, skoczysz za mną". Ze słowami: „Święty Aniele Stróżu pomóż mił dziewczynka wyskoczyła na twardą nawierzchnię ulicy. Tłum patrzył na to w ogromnym napięciu. Bez żadnego obrażenia dziecko znalazło się na dole, jak gdyby je ktoś zniósł. Uratowana dziewczynka krzyknęła do góry: „Anusiu, wezwij świętego Anioła Stróża i skacz! Mnie się nic nie stało!ł Anusia wezwała Anioła Stróża i skoczyła na dół. Nie odniosła najmniejszego obrażenia. Dzieci objęły się ramionami, uklękły i podziękowały swoim Aniołom Stróżom. Rodzice i zgromadzeni ludzie płakali ze wzruszenia i radości

 

Upomniał mnie
Katarzyna K., luty 1993:

 

Długi czas znosiłam pijaństwo mojego męża, w końcu opuściłam go. Po jakimś czasie złączyłam się z innym mężczyzną, ale okazało się, że i on był pijakiem. Wtedy właśnie Anioł Stróż upomniał mnie przez zmarłą siostrę. Moja siostra zginęła tragicznie w 3 miesiące po ślubie. Kiedy raz spałam, przyszła cała w bieli i zapytała, czy ją poznaję. Odpowiedziałam, że tak. Wtedy upomniała mnie mówiąc, że żyję w grzechu, że powinnam się oczyścić. Następnie razem z innymi moimi zmarłymi siostrami odmówiła Różaniec. Ja modliłam się z nimi. Potem pochwaliły Pana Boga i znikły. Wzięłam sobie do duszy to upomnienie, oddaliłam mężczyznę. Teraz żyję sama, pojednałam się z Bogiem i upominam drugich, aby żyli w łasce Bożej. Było mi ciężko, więc zaczęłam się więcej modlić. Pewnej nocy zobaczyłam na niebie trzech rycerzy. Mówili mi, abym nie płakała, tylko żebym się więcej modliła. Powiedzieli mi, że Aniołowie walczą dniem i nocą w naszej obronie. Powiedzieli mi również, aby nie troszczyć się o żadne wyjazdy za granicę, że powinniśmy się cieszyć z tego, że jesteśmy w Polsce. Ci, którzy wyjechali, na kolanach będą chcieli wrócić, ale już nie będą mogli. Innym razem, kiedy szatan kusił mnie, mój Anioł Stróż doradził mi, abym go odpędziła znakiem krzyża św., co też zrobiłam. Odtąd przyzywam często opieki św. Michała Archanioła i mojego Anioła Stróża

 

Ktoś mnie ostrzegł

19 lipca 1989 r. wydarzyła się katastrofa lotnicza samolotu linii United Airlines, lecącego z Denver do Chicago. Na skutek awarii jednego z silników i utraty panowania nad systemem hydraulicznym pilot po 45 minutowej walce z utrzymaniem w równowadze maszyny wylądował awaryjnie na lotnisku w Sioux City w stanie Iowa. Samolot przy lądowaniu zahaczył prawym skrzydłem o ziemię, nastąpił wybuch i tocząc się dalej rozbił się w kawałki. Z 282 pasażerów i 11 osób załogi poniosło śmierć ponad 100 osób. Jeden z uratowanych, Roman Popielak, konsultant hydrogeolog, ocalał. Oddajmy mu głos.

 

„Potworny hałas łamanego metalu, jakiś głośny huk i pomarańczowe błyski za oknami - to wszystko, co zapamiętałem z tych sekund. Nic w tym momencie nie myślałem i nie pamiętam, abym był przerażony. Strach nastąpił później, kiedy w ciemnym samolocie, a raczej w jego resztkach, wisząc głową na dół, poczułem gryzący dym. Odpiąłem pas i nagle znalazłem się kompletnie zdezorientowany. Ludzie nawoływali się i oczywiście chcieli wyjść z wraku. Pod stopami zobaczyłem okna, a za nimi płomienie. Dym był coraz bardziej gryzący i gęsty. Zacząłem się posuwać przez zwały bagażu w kierunku światła, ale ktoś mnie ostrzegł, że to światło to są płomienie. Coraz trudniej było oddychać. Zacząłem na kolanach iść w kierunku kadłuba samolotu. Wkrótce powietrze stało się czyste i przez wyrwę w kadłubie wyszedłem w pole kukurydzy... Nie miałem w tym momencie najmniejszego pojęcia, że siedząca obok mnie matka i jej dwoje dzieci zginęli. Nie wiedziałem też, że siedzący obok mnie starsi, mili państwo już nie żyją... Nie do zapomnienia są słowa kapelana wypowiedziane w czasie mszy w kaplicy uniwersyteckiej następnego ranka po tragedii: »Zostaliście uratowani nie bez celu. Waszym zadaniem jest poprzez modlitwę i pokorę ten cel odnaleźć i wypełnić zgodnie ze swoim sumieniem zadanie, które Bóg wam wyznaczył«ł.

 

Matka uratowanego, przesyłając ten tekst, dodała: „Jeśli dokładnie wczyta się w ten opis, to jeden szczegół zwraca uwagę: kto zwrócił uwagę synowi w płonącym samolocie, aby zmienił kierunek wycofywania się? Ja przez całe życie modliłam się i modlę w jego intencjił.

 

Redakcja: Nie mamy wątpliwości, że to Anioł Stróż Romana dopomógł mu w ocaleniu życia. Zwróćmy także uwagę, jak wielką rolę odgrywa modlitwa o błogosławieństwo Boże dla drugich. Pani Helenie, matce ocalałego Romana, dziękujemy za przesłany opis.

 

Biegnę w ich kierunku
Pani Krystyna daje następujące świadectwo:

 

Dwa lata temu (pani Krystyna daje świadectwo w styczniu 1995 r.) umówiłam się z „siostrami" z Odnowy na modlitwę wstawienniczą. Nie znałam owej chorej, więc umówiłyśmy się na przystanku trolejbusowym, w dość odległej dzielnicy na godz. 15.00. Był słoneczny dzień, lecz wiał zimny wiatr i idąc na przystanek, stwierdziłam, że ubrałam się za lekko, A też, że wyszłam 1/2 godz. za wcześnie. Rozsądek radził wrócić po sweter, ale coś mnie powstrzymało, więc szłam szybko dalej. Uświadomiłam sobie, że jest 29 września - święto Archaniołów - więc zaczęłam wielbić Boga w Aniołach i dziękować za ich opiekę. I tak wielbiąc wyszłam na ulicę, w którą miałam skręcić w prawo, ale nim to zrobiłam -- spojrzałam w lewo. - I zobaczyłam, że w pewnej odległości, po prawej stronie jezdni, dwóch mężczyzn brutalnie z sobą walczy. I oto, z najwyższym zdumieniem stwierdzam, że biegnę w ich kierunku. Gdy dobiegłam, właśnie jeden rzucił drugiego o bruk. Jeden (później okazało się, że jest taksówkarzem) - miał wyraźną przewagę fizyczną, był masywny, około 35 lat. Drugi był żylasty, po czterdziestce (był napastnikiem). Widziałam, że podnosi się z ziemi do skoku, z furią w oczach, więc (znowu bardzo zdziwiona swoim zachowaniem) wskoczyłam między nich, pytając: „Panowie, o co chodzi? - „Zaatakował mnie w taksówce! - odkrzyknął taksówkarz. - „Proszę go puścić! - „Tak! Żeby w nocy zaatakował kogoś, kto się nie obroni? - I ponownie wymierzył mu cios w brzuch, tak że ów upadł. Obróciłam się twarzą do taksówkarza (zalanego krwią, z otwartym scyzorykiem w ręku) i kładąc mu rękę na piersi, powiedziałam: „Proszę go puścić! Bóg sam, we właściwym czasie, wymierzy mu sprawiedliwość. - I o dziwo, rozwścieczony mężczyzna cofnął się, czułam, jak rozluźniają się jego mięśnie. Wtedy odwróciłam się do drugiego, który wstał i szykował się do ciosu - i patrząc mu w oczy, powiedziałam (wciąż zdumiona tym, co robię): „Czy chce pan wrócić do więzienia? Czy już znudziła się wolność? Proszę natychmiast iść do domu, wyspać się i podziękować Bogu, że nie stało się nic gorszego. - I o dziwo! Ten również rozluźnił mięśnie, jego ręce opadły, odwrócił się pokornie i poszedł w kierunku przystanku. Ja zaś stałam w miejscu, czekając, czy nie zawróci, a gdy się oddalił, a taksówkarz ruszył w przeciwnym kierunku, poszłam i ja. Po drodze do przystanku jest zarośnięty krzakami skwer. Zauważyłam, że mój bandzior czeka w tych krzakach! Gdy się z nim zrównałam - wyciągnął do mnie rękę z... banknotem 50-tysięcznym!! On chciał mi zapłacić za interwencję! - Odsunęłam rękę, mówiąc: „Przecież powiedziałam, że ma pan iść do domu i przespać się, zanim poszuka sobie biedy - A on... poszedł grzecznie w kierunku domów! Ja zaś do trolejbusu. Dopiero w trolejbusie „wróciłam do siebie. Gdy dojechałam do miejsca przeznaczenia, zobaczyłam nadchodzące moje „siostry. Była dokładnie godzina 15-ta.

 

Chcę jeszcze dodać, że takich interwencji, o podobnie zdumiewającym przebiegu, miałam już 6. Opisuję tę, gdyż miała miejsce, gdy modliłam się z Aniołami. I nie mam wątpliwości, kto tu działał. W pozostałych wypadkach nie w pełni to zrozumiałam. Jestem zwyczajną starą kobietą (68 lat), niewysoką, ani przez chwilę nie podniosłam głosu. Moja interwencja mogła, po ludzku biorąc, śmieszyć, a nie budzić lęk. Nikt więc nie może mi przypisywać skuteczności działania. Chwała Panu!

 

Redakcja: Na ile ktoś z nas bardziej odda się Bogu i jest do Jego dyspozycji, na tyle może go Bóg użyć, posługując się Aniołami, do spełnienia swoich zamiarów, które są zawsze zamiarami szukającymi prawdy, sprawiedliwości i dobra ludzi. Każdy z nas posiada jakiś dar od Boga - charyzmat - aby służyć ludziom (por. 1 Kor 12,7). Być może, że nasza siostra Krystyna ma dar jednania skłóconych i zwaśnionych. Chodzi o to, że każdy charyzmatyk musi być bardzo pokorny, prostolinijny, otwarły na działanie Ducha Świętego, a Jego działanie dochodzi także do nas przez Aniołów. Chwała Panu za to, że siostra Krystyna jest tak po prostu szczera i z całym zaufaniem poddana działaniu Boga! I być może, że jeszcze napisze ponownie do Redakcji, dając nam nowe świadectwa o tym, jak Pan ją prowadzi, by służyła ludziom. A my, słysząc o tym, będziemy dziękować Panu i zachęcać się nawzajem, by także służyć innym, według otrzymanego daru Boga.

 

Muszę wracać do domu
M.S. Warszawa:

 

Dwadzieścia lat temu przydarzyło mi się coś, co mogło się skończyć tragicznie.

 

Wybieraliśmy się z mężem i znajomymi na występy kabaretu. Nasz czteroletni syn został sam w domu. Nie pierwszy raz zresztą. Nigdy się nie bał. Mówił zawsze: - Idźcie sobie, ja będę oglądał wszystko w telewizji. Nasze mieszkanie miało wspólny korytarz z sąsiadami, którzy zawsze „zerkali na syna.

 

Kabaret był bardzo dobry. Bawiliśmy się świetnie. I nagle wśród tej wesołości, śmiechu i hałasu ni z tego ni z owego stało się dla mnie jasne, że natychmiast muszę wracać do domu. Powiedziałam o tym mężowi, a on popukał się w głowę. - Wariatka - powiedział. - Chyba nie mówisz poważnie? Ale ja się uparłam i po kilku minutach przepychaliśmy się do wyjścia, a wszyscy patrzyli na nas jak na nienormalnych. Przez całą drogę - a jechaliśmy z pół godziny - i mąż, i znajomi, którzy też z nami się zabrali, pomstowali na mnie okropnie. A mnie było wszystko jedno.

 

Mąż wypuścił mnie z samochodu koło naszego domu, a sam pojechał odwieźć znajomych. Wbiegłam do mieszkania i... nogi ugięły się pode mną. Dziecko leżało na podłodze. Było nieprzytomne. Zauważyłam jeszcze, że nie żyje nasz kanarek. To był gaz. Otworzyłam szybko okno. Nie czekałam na męża, tylko obudziłam sąsiada i zawieźliśmy dziecko na pogotowie. Już po drodze syn zaczął dochodzić do siebie. Na drugi dzień zupełnie nic mu nie było. Pamiętał tylko, że było mu niedobrze i pojechał do doktora.

 

Redakcja: Anioł Stróż może wpływać na nasze ciało, uczucia, wyobraźnię, samopoczucie. Wprawdzie sama M.S. mówi, że poszła za swoim przeczuciem, lecz był ktoś, kto wpływał na jej przeczucie: był nim Anioł Stróż.

Dziękujmy Bogu, że przez interwencję Anioła Stróża uratował życie dziecka. Cieszmy się z tego, że matka, mimo sprzeciwu męża i znajomych, poszła za tym wezwaniem Anioła Stróża.

 

Umarło im dziecko
Jadwiga z W. opowiada:

 

Moja znajoma nie chciała nigdy synów, a ma ich trójkę. Toteż wielka była radość, gdy powiła córeczkę. Wyprawiono huczne chrzciny Elżuni. Ale dziecko wkrótce zmarło i niemal nagle. Rozpacz matki nie miała granic. Wprost szalała, odchodziła od zmysłów. Wygadywała na Boga i wszystkich świętych najgorsze słowa. Nie chciała korzystać z pomocy lekarzy. Od czasu pogrzebu piekło się zrobiło w domu. Mąż Ireny nie wiedział, co począć, nie mógł już wytrzymać. Cierpieli również synowie. Rozmowa z kapłanami w domu znajomej nie przyniosła skutku.

 

Wiedząc o zachowaniu Ireny, modliłam się, aby Bóg ukoił jej boleść. Któregoś dnia jej mąż poprosił mnie, aby przyjść i próbować tłumaczyć i pocieszyć jego żonę. Westchnęłam do Anioła Stróża i poszłam. Ledwie weszłam, zaczął się lament, płacz, histeria, narzekanie. Nie odzywałam się - niech da upust swojej rozpaczy - pomyślałam. W końcu znajoma uciszyła się i sama zagadnęła: - I co ty na to, Jadziu? Dlaczego milczysz jak zaklęta, pewnie pochwalisz Pana Boga za tę śmierć?

 

Odpowiedziałam łagodnie: Czyś ty podziękowała Bogu, gdy dziecina przyszła na świat? - Nie - odpowiedziała. Ciągnęłam: - A przecież dziecko to dar od Boga. Znajoma wybuchnęła na nowo: - Jeśli to prezent od Boga, to po co mi je wziął?

 

Kontynuowałam:

 

- Bo widocznie Bóg uważał, że tak będzie lepiej dla dziecka. Bóg też jest ojcem twojej Elżuni. Rozumiem twoją boleść, ale to, co Bóg wybiera dla twego dziecka, jest zawsze lepsze od tego, co ty chcesz. Czyś ty mądrzejsza od Boga? Czy sądzisz, że kochasz bardziej twe dziecko niż Bóg? Zresztą Bóg nie odebrał ci dziecka, ono nadal żyje i pozostaje twoje. Nikt nigdy ci go nie odbierze. Owszem, przebywa teraz w pewniejszym miejscu, w Niebie, przecież je ochrzciłaś. Stamtąd patrzy na swoją mamę, modli się za was. Masz więc u tronu Boga swoją orędowniczkę. Ty i mąż macie świętą córkę, a twoi synowie świętą siostrę. Czy to nie radość dla waszej rodziny? Powinnaś dalej z Elżunią obcować, rozmawiać z nią, cieszyć się z jej szczęścia. Przecież ona nie umarła, tylko przeszła do innego rodzaju życia, gdzie bardziej niż tu, na ziemi, kocha swoją mamę, tatę, braci, ludzi i ojczyznę. - Ale jak obcować? - zapytała moja znajoma. Gdy idziesz na Mszę św. to powiedz: Panie Jezu, chcę uczestniczyć w tej Mszy św. razem z Elżunią. Gdy ci ciężko, poproś swego Anioła Stróża o pomoc Elżuni. Klękając do wieczornego pacierza z mężem i synami, powiedz na początku: Elżuniu, odmawiaj razem z nami tę modlitwę i zanieś ją przed tron Boga. Mówiłam dalej: - Jesteś jeszcze młoda, ale przyjdzie czas, że i ty musisz umrzeć, wtedy twoja córka wyjdzie po ciebie na próg Nieba, tam nacieszycie się sobą, opowiecie sobie wszystko, tylko chodzi o to, abyś nie zerwała łączności z duszą tej dzieciny, bo ona na pewno bardzo tego pragnie, byście były razem. - Ja miałabym zerwać łączność z ukochanym dzieckiem? Nigdy! Boże, daruj mi...

i moja znajoma uklękła przed obrazem Najśw. Serca Jezusa.

 

Po kilku dniach przyszła do mnie z mężem z naręczem kwiatów. Wśród wielu wdzięcznych słów moja znajoma powiedziała mi: - Wiesz, przystępując do Komunii św. z mężem i synami prosiliśmy Elżunię, aby nam towarzyszyła. - Bogu niech będą dzięki - pomyślałam sobie - i uściskałyśmy się serdecznie.

 

Rodzina mojej znajomej była wierząca, ale tak ogólnie: chrzest, ślub, pierwsza Komunia, pogrzeb, zaś mało miała na co dzień wspólnego z zasadami wiary. Podziękowałam Bogu za ich zmianę i za to, że przybliżyli się do Boga, i to być może było za wstawiennictwem maleńkiej Elżuni.

 

Redakcja: W naszej religijności polskiej nie mamy zwyczaju oddawania czci małym, ochrzczonym dzieciom, które Bóg wcześnie powołał do siebie. A przecież są one świętymi. Pan Jezus wziął na siebie skutki grzechu pierworodnego, które ich dotknęły, także za nie umarł na krzyżu i zmartwychwstał. Dlatego należą do Niego i po śmierci idą do nieba. Kiedy pracowałem na misjach w Paragwaju, tam była bardzo żywa pamięć małych, ochrzczonych dzieci, zmarłych w pierwszych miesiącach czy latach swego życia. Nazywano je tam aniołkami, chyba dlatego, że przebywając w Niebie, są podobne Aniołom. Często matki zachowywały włosy swych zmarłych dzieci, które to włosy poświęcałem im jako relikwie. W dniu Wszystkich Świętych matki z poszczególnych wiosek zapisywały imiona swoich zmarłych dzieci, za które odprawiałem Msze św. dziękczynną, dziękując Bogu za ich zbawienie. Był to bardzo piękny zwyczaj. Myślę, że w Polsce za mało uciekamy się do Boga przez wstawiennictwo tych małych świętych. Należałoby, przynajmniej w rocznicę ich śmierci, prosić o odprawienie Mszy św. dziękczynnej za ich zbawienie. Częściej też winniśmy prosić naszą świętą córeczkę, syneczka, braciszka czy siostrzyczkę o wstawiennictwo przed Bogiem.

 

Miłosierni miłosierdzia dostąpią
Janina z Leszczyńskiego:

 

W mojej miejscowości mieszkała pewna uboga kobieta mająca kilkoro dzieci bez męża. Dzieci cierpiały niedostatek, a ich matka, będąc w potrzebie, wysyłała do mnie po wsparcie swoją córkę, po chleb, tłuszcz i inne produkty żywnościowe. Chętnie dawałam, co mogłam, choć sama jestem wdową i mam na utrzymaniu swoją rodzinę. Pewnego razu dałam pół bochenka chleba. Dziewczynka poszła, a ja wzięłam się do pracy. Za chwilę znowu przychodzi ta dziewczynka i prosi: „Niech pani da coś do smarowania chleba". W kuchni niewiele miałam tłuszczu, pół masła roślinnego i nic więcej. Zniecierpliwiłam się myśląc sobie, że mama ma na papierosy, a do mnie woła: daj i daj! Wyszłam do łazienki, aby nie pokazać złego humoru. Dalej toczę wewnętrzną walkę w sobie: Już dosyć im daję, niech sobie idzie! I stoję rozgoryczona. Naraz słyszę głos mego Anioła Stróża: „Miłosierni miłosierdzia dostąpią". Wychodząc z łazienki zobaczyłam, że dziewczynka jeszcze czeka. Dałam jej te pół masła, kilka jaj, ku jej radości. Jakoś będzie - myślę sobie. Może gdzieś pieniędzy pożyczę i kupię trochę tłuszczu. Jeszcze tego samego dnia Bóg nagrodził mój dobry uczynek. Wieczorem zięć przywiózł od rodziców smalec, masło i mielone mięso. Wzruszona wyszłam z kuchni, by w swoim pokoju uklęknąć i podziękować za dar. Obie z córką wspieramy ludzi w potrzebie. Dziękować Bogu, niczego nam nie brakuje z podstawowych rzeczy i żywności.

Otwierany 38 razy Źródło: https://zenobiusz2.wordpress.com/ Autor: ks. Marian Polak, michalita
Ocena   
  Zarejestruj / zaloguj się, aby oceniać
Komentarze   
Do tej pory nikt nie komentował
Twój komentarz   


Logowanie
Login
Hasło
Zakładanie konta
Wyróżnione teksty
Galeria naszego kościoła