Niedzielne kazanie   
IV Niedziela Wielkiego Postu, rok C 6 marca 2016 r.
Dodano dnia 06.03.2016 08:46

Joz 5,9.10-12; 2 Kor 5,17-21; Łk 15,1-3.11-32

______________________________________

By nie zgubić drogi do domu Ojca...

 

 

Zazwyczaj po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii wyobraźnia przywołuje nam znane obrazy pastwisk, ludzi utrudzonych pracą na roli, którzy wracają do swoich domów.

Czasami przychodzi nam na myśl piękny obraz Rembrandta „Powrót syna marnotrawnego" i podziwiamy Ojca, który przebacza skruszonemu synowi.

Dlaczego jednak Pan Jezus opowiedział tę przypowieść słuchającym Go rzeszom? Odpowiedź odnajdujemy u św. Łukasza. Czytaliśmy w dzisiejszej Ewangelii: „Zbliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi". Pan Jezus rozmawiał z grzesznikami, co więcej siadał z nimi do stołu. Wszystko w tym celu, aby ich utrwalić w przekonaniu, że Bóg jest zawsze gotów do okazania miłosierdzia.

Spróbujmy w tym kontekście przyjrzeć się postaciom dzisiejszej Ewangelii.

Młodszy - mówimy często marnotrawny - syn. Jego postać jest nam tak bardzo bliska, gdyż daje nam nadzieję, że wracając do Boga nie będziemy odrzuceni. Zachowanie syna marnotrawnego było złe - popełnił grzech. Co więcej - popełnił go z rozmysłem, z wyrachowaniem a nie na skutek jakiegoś młodzieńczego „szaleństwa". Jak mówi Ewangelia „odszedł od Ojca". W Biblii „odejść" od Ojca to znaczy popełnić grzech. Adam po grzechu także opuścił Boga. Judasz, gdy podjął decyzję o wydaniu Mistrza, też opuścił wieczernik.

Konsekwencją grzechu syna marnotrawnego były nędza i upokorzenie. Na jego osobie okazało się że, „jeżeli człowiek ma i Boga, i wszystko, a przez głupotę odchodzi, zo­baczy, że niczego nie ma. Można mieć wszystko, żeby odejść, trzeba nic nie mieć, żeby wrócić". I tak stało się z marnotrawnym synem. Nędza i upokorzenie nie przesłoniły mu ojca i szczęścia, którego doświadczył tylko w ojcowskim domu. Zobaczył swój błąd. Zdobył się na odwagę, przyznał do błędu i wrócił do domu. Czy nasze życie nie jest podobne? Ile razy nasze wyjście z domu było ucieczką od problemów codzienności, ucieczką od próby zmierzenia się z własną słabością? Wygodnictwo, ułuda łatwego i przyjemnego życia pociąga. Ale szybko też okazuje się mirażem i prowadzi na dno. Trzeba i nam się dziś zapytać: czy starcza mi odwagi by przyznać się do grzechu? Czy chcę powrócić do Ojca i zmienić swoje życie? A może w tym moim pogmatwanym życiu zagubiłem gdzieś nadzieję, która pomaga odnaleźć drogę do domu?

Starszy syn. Nie uciekł z domu, nie roztrwonił majątku. Nie potrafił jednak znieść tego, że ojciec przebaczył jego bratu i że wyprawił mu ucztę.

My też potrafimy przebaczyć, ale pozostają w nas urazy, pretensje. Jesteśmy przy Bogu, bierzemy udział we Mszy Świętej, przyjmujemy sakramenty, zachowujemy posty, modlimy się. A jednak dręczy nas to, że niewierzący mają nieraz łatwiejsze ży­cie, że im się lepiej powodzi, nie dotykają ich nieszczęścia. I wówczas stajemy się podobni do tego, który pozaz­drościł marnotrawnemu bratu uczty. Niby jesteśmy przy Bogu, ale nie potrafimy się Nim cieszyć. Ile jest we mnie ze starszego, zazdrosnego syna? Ile zawiści i złości? Może nadszedł czas, by w tym Wielkim Poście coś z tym zrobić?

Ojciec. Do domu wra­cają dwaj synowie: marnotrawny, i drugi - z pastwiska, zdenerwowany, że ojciec nie przynosi mu prezentów. Czy nie wzrusza fakt, że ojciec wyszedł po jednego i drugiego? I jednemu i drugiemu okazuje tę samą miłość? Wzrusza, bo jak pisał ks. Twardowski: „miłość nigdy nie jest za coś, ale pomimo wszystko". Z taką miłością i przebaczeniem spotkać się możemy tylko na spowiedzi świętej, do której przychodzimy nie sami. To Bóg nas do niej przyprowadza. Potem przebacza i zapomina. I obdarowuje nas jeszcze komunią świętą. Czy potrafię przebaczyć i przyjąć z radością tego, kto powraca na dobrą drogę?

Prawie wszystko o czym czytaliśmy w przypowieści o marnotrawnym synu bez trudu odnaleźć można w życiu każdej rodziny. Dzieci dorastają, usamodzielniają się, zakładają własne domy. I każdy dorastający członek rodziny przechodzi własne problemy: odejścia z domu, utrzymania kontaktu z domem, czasem biedy i głodu albo wyboru drogi życia. I jest tutaj ważne aby wchodząc w dorosłość nie zgubić drogi do domu Ojca. By odchodząc - odchodzić „dla" a nie „od". By dom zawsze był domem miłości, jedności i przebaczenia. By dom był zawsze domem dialogu i słuchania, które staną się początkiem dobra. Czytałem kiedyś ciekawą anegdotę. Z pewnego szpitala dla zdenerwowanych musiał wyjechać lekarz specjalista. Z konieczności zastąpiono go ginekologiem z innego szpitala. Ponieważ nie miał zielonego pojęcia, jak zwracać się do chorych, więc tylko ich cierpliwie wysłuchiwał a dopiero potem z nimi rozmawiał. Kiedy wrócił specjalista - nie chcieli go. Woleli ginekologa. Obyśmy umieli i rozmawiać ze sobą i słuchać siebie nawzajem. Jak ojciec ze swoimi synami z dzisiejszej Ewangelii.

I jeszcze jedna ważna myśl. Każdy z nas w jakimś okresie swojego życia jest dzieckiem, które dojrzewa i odchodzi, i każdy w życiu staje się potem ojcem przyjmującym powracających. Msza Święta w której uczestniczmy jest ucztą, którą Bóg miłosierny Ojciec przygotowuje dla dobrych i dla marnotrawnych synów. Jednocześnie jest przedłużeniem Chrystusowego szukania i zbawiania zaginionego człowieka. Dzięki Mszy Świętej i my mamy możliwość się odnaleźć. Jednocześnie jesteśmy posłani, by uczestniczyć w szukaniu zagubionych... Byśmy tylko nie zgubili drogi do domu Ojca...

ks. Rafał Chwałkowski SDS

Otwierany 1073 razy Źródło: katolik.pl Autor: ks. Rafał Chwałkowski SDS
Ocena   
  Zarejestruj / zaloguj się, aby oceniać
Komentarze   
Do tej pory nikt nie komentował
Twój komentarz   


Logowanie
Login
Hasło
Zakładanie konta
Wyróżnione teksty
Galeria naszego kościoła