Archidiecezja Lubelska   
Świąteczne historie - ten szczególny dzień
Dodano dnia 16.12.2025 11:52
Choć zmieniają się czasy, miejsca i ludzie, to święta Bożego Narodzenia niezmienne niosą pokój i radość. Świątecznymi wspomnieniami dzieli się bp Mieczysław Cisło. Bp Mieczysław podkreśla, że do Bożego Narodzenia warto się przygotować przede wszystkim duchowo.


Wrodzinnym domu bp. Mieczysława nadchodzące święta Bożego Narodzenia czuć już było od początku Adwentu. Najpierw w domu tłoczono różne oleje, by na najbliższe tygodnie mieć ich zapas do przygotowywania posiłków. - Dawniej cały Adwent poszczono, tak było i u nas w domu. Mięso pojawiało się tylko w niedzielę, a na pozostałe dni mama przygotowywała jakieś postne posiłki, najczęściej różne placki, śledzie i zupę grzybową. To był znak, że niebawem nadejdą święta - wspomina swój rodzinny dom bp Mieczysław Cisło.


Dom rodzinny

Kolejnym zwiastunem zbliżającego się Bożego Narodzenia był 6 grudnia. To właśnie w dzień św. Mikołaja dzieci otrzymywały drobne prezenty. - Mój starszy brat był krawcem, więc zwykle dysponował jakąś gotówką i on zazwyczaj kupował cukierki czy jakiś drobiazg, który znajdowałem pod poduszką, gdy budziłem się 6 grudnia. W dzień Wigilii nie było zwyczaju robienia prezentów. To były lata powojenne, więc w ogóle z prezentami było trudno, ale u nas po prostu nie było takiego zwyczaju - mówi biskup.

 

Kiedy nadchodziła Wigilia, w domu pojawiała się pachnąca choinka. Musiała być żywa, niedawno ścięta i pachnieć intensywnie. Mały Mieczysław wraz z braćmi wieszali na niej cukierki i stroili ją ozdobami. Trzeba było uprzątnąć wówczas mieszkanie, by do wieczerzy zasiąść w świątecznej atmosferze. - Wieczorem zasiadaliśmy do uroczystej kolacji. Obowiązkowo na stole stało 12 potraw, które przygotowywała mama. Ja jako chłopak do kuchni raczej nie wchodziłem, by nie przeszkadzać, ale wieczerzy nie mogłem się doczekać. Zwykle ten wieczór spędzaliśmy z krewnymi, którzy po kolacji otwierali kantyczki, czyli śpiewniki i śpiewali wszystkie kolędy, jakie tam były. Dzieci czasem się nudziły, ale słuchały, a ten śpiew zapadł nam w serca - podkreśla kapłan. Najmłodsi po kolędowaniu kładli się na chwilę spać, by mieć siłę wstać na Pasterkę.


Saniami na Pasterkę
- W moim dzieciństwie zimy zawsze były śnieżne, więc na Pasterkę jechaliśmy saniami, do których tato zaprzęgał konia. Taki był zwyczaj w naszej okolicy, że każdy gospodarz tej nocy zabierał saniami rodzinę do kościoła. Potem na placu kościelnym, dziś powiedzielibyśmy na parkingu, stały dziesiątki sań i koni, a ludzie wypełniali szczelnie kościół. Zanim zaczęła się Msza św., śpiewana była po łacinie jutrznia z okazji Bożego Narodzenia, wsłuchiwaliśmy się w jej melodię i czuliśmy, że to niesamowita noc - opowiada biskup.

 

Święta Bożego Narodzenia w jego rodzinnym domu zmieniły się po śmierci taty. - Kiedy ojciec zmarł miałem 13 lat, moi bracia byli ode mnie dużo starsi, więc na co dzień zostaliśmy z mamą sami. Święta wtedy nie były już tak radosne, bo puste miejsce przy stole napawało nas żalem i szczególną tęsknotą za ojcem. Zmieniło się to, gdy mój brat się ożenił i do naszego świątecznego stołu przybyła bratowa i jej rodzina - wspomina kapłan.

 

Zimna zupa i kolędy
Kolejne wspomnienia świąteczne wiążą się z czasem seminarium i kapłaństwa. Jako kleryk bp Mieczysław wracał na święta do rodzinnego domu, bo w seminarium była wówczas przerwa świąteczna, kiedy zaś zaczął pracę w parafii jako wikary, nie było już możliwości, by dojechać do rodzinnego domu na Wigilię. - To były lata 70. ja nie miałem wówczas samochodu, a w parafii było zawsze dużo pracy. Wtedy święta spędzałem na plebanii - opowiada. Kolejna zmiana przyszła, gdy został skierowany na studia do Włoch. W odróżnieniu od Polaków, Włosi nie mają Wigilii, rodzinne spotkania odbywają się w sam dzień Bożego Narodzenia.


- Pamiętam moją pierwszą Wigilię w Italii. Pomagałem wówczas w małym miasteczku niedaleko Pizzy. Tam nie ma rekolekcji adwentowych, ale jest zwyczaj, że w Wigilię należy się wyspowiadać. Cały dzień więc spędziłem w konfesjonale. Gdy wieczorem wyszedłem z kościoła, proboszcz tamtej parafii mówi do mnie „Mieczyslao, w kuchni jest trochę zupy, odgrzej sobie i zjedz". Poszedłem tam, nie chciało mi się tej zupy grzać, usiadłem przy stole i zobaczyłem radio. Pomyślałem, że może uda mi się znaleźć jakąś stację, która nadaje kolędy. Polskiej rozgłośni oczywiście nie było, ale trafiłem na jakąś niemiecką, gdzie właśnie puszczano kolędy. Nie przeszkadzało mi, że są w języku niemieckim. Myślami byłem w Polsce. W kolejnych latach sprowadzałem opłatek i uczyłem Włochów, a kiedy byłem w Niemczech to i Niemców, łamać się opłatkiem i składać życzenia - opowiada bp Mieczysław.
Po powrocie do Polski święta spędzał najczęściej w seminarium z klerykami, bo im posługiwał, pełniąc różne funkcje.

 

- To był czas, kiedy wspólnota seminaryjna liczyła ponad 300 osób, więc i kolędowanie było wielkim świętem, gdy z tylu męskich gardeł wyrywał się śpiew o narodzeniu Pana. Dziś posługuję jako biskup, uczestnicząc w różnych spotkaniach opłatkowych i choć jestem w różnych wspólnotach i miejscach, to radość z narodzenia Pana jest zawsze tak samo wielka - podkreśla bp Mieczysław.

Otwierany 9 razy Źródło: https://lublin.gosc.pl Autor: Agnieszka Gieroba
Ocena   
  Zarejestruj / zaloguj się, aby oceniać
Komentarze   
Do tej pory nikt nie komentował
Twój komentarz   


Logowanie
Login
Hasło
Zakładanie konta
Wyróżnione teksty
Galeria naszego kościoła