Wniebowstąpienie 2018r w Ziemi Świętej - pielgrzymka   
Na grobach Patriarchów - tam gdzie ziemia dotyka nieba - cz.VI
Dodano dnia 06.12.2017 10:11
            Grobowiec Patriarchów w Hebronie.
Po Ziemi Świętej pielgrzymujemy przede wszystkim po to, aby nawiedzić miejsca związane z Chrystusem, naszym Mistrzem i Panem. Na początku jest ona dla nas święta dlatego, że dotykały ją stopy Syna Bożego. Dopiero potem, w miarę coraz lepszego jej poznawania, odkrywamy, że jest ona święta także dlatego, że jest ziemią Obietnicy danej na początku dziejów zbawienia naszemu Ojcu w wierze, Abrahamowi:

 

Ma się on stać ojcem wielkiego i potężnego narodu, i przez niego otrzymają błogosławieństwo wszystkie ludy ziemi. Bo upatrzyłem go jako tego, który będzie nakazywał potomkom swym oraz swemu rodowi, aby przestrzegając przykazań Pana postępowali sprawiedliwie i uczciwie, tak żeby Pan wypełnił to, co obiecał Abrahamowi. (Rdz 18,18-19)

 

Gdy zaś nadeszła pełnia czasu, na tej właśnie ziemi nastąpiło jej wypełnienie w Chrystusie:

 

Albowiem ile tylko obietnic Bożych, wszystkie są „tak" w Nim (2Kor 1,20).


Z tego właśnie powodu następnym celem naszej pielgrzymki po kraju Izraela - a jest to drugie imię Patriarchy Jakuba nadane mu przez Boga! (por. Rdz 32,29) - stają się miejsca związane z Patriarchami i innymi wielkimi postaciami Pierwszego Przymierza.

 

Czy Patriarchowie byli muzułmanami?

Niestety nie jest to ani proste, ani oczywiste. Wiele z tych miejsc leży na terenie Autonomii Palestyńskiej - i wtedy dostęp do nich jest bardzo trudny. A nawet jeśli leżą na terenie kontrolowanym przez Izrael, to może się okazać, że i tak są w rękach muzułmanów, a ci w ogóle nie dopuszczają tam „niewiernych".

 

Możemy się o tym łatwo przekonać w czasie wizyty wzgórza świątynnego w Jerozolimie. Najpierw, w pobliżu dawnej bramy Marokańskiej, trzeba przejść przez liczne bramki antyterrorystyczne i pokazać paszport jak przy przekraczaniu granicy państwowej. Potem, już na wielkim placu świątynnym, okazuje się, że do Złotej Kopuły, podobnie zresztą jak i do stojącego obok meczetu Al-Aksa, niemuzułmanom w ogóle nie wolno wchodzić. A przecież tam właśnie, w miejscu gdzie niegdyś stało Święte Świętych, arabscy budowniczowie odsłonili w VII wielu skałę ofiary Abrahama! Dla pocieszenia można jedynie kupić od miejscowych sprzedawców serię pocztówek przedstawiających wnętrze sanktuarium.

 

Wydawać się nam może niezwykle dziwne, dlaczego muzułmanie otaczają Patriarchów aż tak wielką czcią. Wynika to tego, że Koran, próbując przejąć całe duchowe dziedzictwo zapisane w Świętych Księgach żydów i chrześcijan w kolejnym, tym razem „ostatecznym" objawieniu, poświęca Patriarchom ogromnie wiele uwagi. Oto co można w nim przeczytać:

 

Powiedz: „Wierzymy w Boga i w to, co nam zesłał, i w to, co zostało zesłane Abrahamowi i Ismaelowi, Izaakowi i Jakubowi, jak i plemionom; i w to, co zostało dane Mojżeszowi, Jezusowi i prorokom - od ich Pana. My nie robimy rozróżnienia między żadnym z nich i jesteśmy Jemu całkowicie poddani." (sura 3,84)

 

W ostatnim zdaniu chodzi o to, że między Patriarchami, Prorokami i Jezusem, nie ma żadnej różnicy. Wszyscy byli tylko ludźmi...

 

A oto inny przykład koranicznej egzegezy judeochrześcijańskiej Biblii:

 

Abraham nie był żydem ani chrześcijaninem, lecz był szczerze wierzącym hanifem [tj. monoteistą], całkowicie poddanym, i nie był on z liczby bałwochwalców. (sura 3,67)


Tu warto dodać, że islam oznacza po arabsku właśnie całkowite poddanie się Bogu. W ten sposób okazuje się, że pierwszym muzułmaninem (arab. muslim znaczy poddany i wywodzi się z tego samego rdzenia co islam) był właśnie Abraham!

 

Po przykrym doświadczeniu ze Złotą Kopułą byłem święcie przekonany, że podobne obostrzenia są tym bardziej stosowane w Hebronie, gdzie w grocie Makpela pochowani są Patriarchowie i ich żony (por. Rdz 23,19-20). Z pomocą znów nam jednak przyszło niezawodne palestyńskie biuro Green Olive Tours i nasz wielce zaradny przewodnik Rami. Zdecydowaliśmy się na wyjazd do Hebronu w sobotę, a to miało nam przynieść pewne dodatkowe komplikacje. Wynikało to po trosze z przyjętego wcześniej planu zwiedzania, a trochę z tego, iż w szabat Jerozolima przypomina wymarłe miasto: nie działa transport, a większość interesujących miejsc jest zamknięta. Nie było sensu tam zostawać, gdy już natrafiła się okazja atrakcyjnej wyprawy.


Miasto na linii frontu

Do Hebronu jest się w zasadzie znacznie łatwiej dostać niż do Nablus. Wystarczy przejść przez mur do Betlejem, a stamtąd zabrać się palestyńską taksówką - w końcu to tylko niecałe 30 kilometrów. Na miejscu okazuje się jednak, że dotarcie do miasta to jedna sprawa, a dostanie się do jego świętych miejsc - to już zupełnie inna. Bez pomocy Ramiego obeszlibyśmy się zapewne tylko smakiem.

 

Hebron jest obecnie sporym, ponad 300-tysięcznym miastem, które słynie z wyrobów szklarskich wyrabianych w niewielkich, zgoła rzemieślniczych, hutach. Warto jest zatrzymać się na obrzeżach, aby wstąpić do którejś z nich i kupić na pamiątkę flakonik przypominający do złudzenia starożytny eksponat z epoki fenickiej lub też nieco bardziej współczesny wyrób o eleganckim wzornictwie. Po tym „turystycznym przystanku" na pielgrzyma czeka jednak zupełnie inna rzeczywistość.

 

W miarę zbliżania się do starego miasta, w stronę groty Makpela, naszym oczom odsłaniają się dość szokujące widoki: częściowo wyburzone domy, ulice przegrodzone płotami, kratami i drutem kolczastym, a także coraz liczniejsze budki wartownicze. Jakbyśmy przechodzili obok autentycznej linii frontu! Rami tłumaczy nam, że tuż obok znajduje się niewielkie osiedle, w którym mieszka około czterystu Żydów. Ich spokoju pilnuje aż czterotysięczny oddział armii izraelskiej. Celem tej wspólnoty jest utrzymywanie żydowskiej obecności w pobliżu grobów Patriarchów. W praktyce wygląda to jednak tak, że żyje ona w permanentnym stanie oblężenia: stanowi cel nieustannych ataków wzburzonych Palestyńczyków i sama rewanżuje się im pięknym za nadobne.

 

Nasz przewodnik prowadzi nas najpierw do arabskiej kamienicy, który przylega bezpośrednio do żydowskiego budynku. Rami zna właściciela, a ten prowadzi nas na taras swojego mieszkania. Wokół roztacza się panorama, którą w normalnych czasach być może uznalibyśmy za ciekawą, teraz jednak jest nieco przerażająca. Nieco niżej, na dachach pobliskich arabskich kamienic, dostrzegamy budki izraelskich snajperów zawsze gotowych do oddania strzału, gdyby tylko doszło do sytuacji, która, ich zdaniem, mogłaby zagrażać życiu lub zdrowiu mieszkających obok żydowskich osadników. Jeszcze niżej, już na poziomie ulicy, dostrzegamy rozproszonych na prawo i lewo wartowników. Wszędzie wiją się jakieś zasieki, uliczki są zabarykadowane, a my w tym wszystkim wyglądamy jak pierwsze możliwe do odstrzału sztuki ... Nasz gospodarz opowiada nam, jak sam został kiedyś postrzelony na tym właśnie tarasie, gdy szedł po wodę do cysterny i wykonał przypadkowo nieco gwałtowniejszy ruch. Wręczamy mu po zwyczajowym dolarze, jakoby na chore dziecko, po czym udajemy się do sanktuarium Patriarchów.

 

Po drodze przechodzimy przez uliczkę, która kiedyś była popularnym pasażem handlowym. Dziś ten suk nie wygląda zbyt ciekawie: nad głową widzimy siatkę, na której zatrzymały się sporej wielkości kamienie. Okazuje się, że rzucali je z góry wspomniani żydowscy osadnicy, gdy tylko rejwach na dole zakłócał im ciszę szabatu. Dalsza część uliczki jest szczelnie zamknięta przez wielką kratę, bo dalej wkracza się na teren żydowskiego osiedla. Dawni arabscy właściciele zostali przegnani, a ich sklepiki skonfiskowano. Wygląda to mniej więcej tak, jak najbardziej zapuszczone zaułki Wschodniego Berlina tuż przy nieszczęsnym murze, po których przechadzałem się, jeszcze za nieboszczki NRD, na studenckiej wycieczce...

 

Przed grotą Makpela

Do groty Makpela wiedzie dalej wąskie przejście przypominające tunel. Przy wyjściu z niego pojawiają się nowe zasieki, nowe budki wartownicze i dodatkowo antyterrorystyczne bramki. Jeszcze tylko parę kroków - i stajemy oko w oko z potężną budowlą przypominającą średniowieczną fortecę. Wrażenie jest niesamowite: wysokie mury i górujące nad nimi masywne wieże. Nieopodal znajduje się ogrodzenie, znad którego można spojrzeć w dół na wielki otwór w środku popękanej skały. Tam rozpoczyna się tajemniczy świat jaskini.

 

Historia budowy sanktuarium rozpoczęła się przy końcu I w. pne gdy Herod Wielki ogrodził ogromnym murem cały święty obszar groty Makpela. Dach pojawił się dopiero wraz z podbojami arabskimi w VII w. gdy zwycięscy muzułmanie spięli herodiańskie mury dachem i wznieśli tam ogromny meczet. Zabronili wtedy do niego dostępu zarówno Żydom jak i chrześcijanom. Krzyżowcy, kolejni zwycięzcy, zamienili meczet na kościół św. Abrahama i wydrążyli w grocie Makpela przejście do pieczar, gdzie zostali pochowani Patriarchowie. Opisuje je szczegółowo żydowski podróżnik, Beniamin z Tudeli, który nawiedził Hebron na początku XII w. Gdy Saladyn pozyskał z powrotem Hebron dla muzułmanów, dostawił wieże pełniące do dziś funkcje minaretów i odtąd większych zmian już nie wprowadzano.

 

Żydzi i chrześcijanie odzyskali prawo wstępu do sanktuarium dopiero w 1967 r. gdy Izrael zajął Zachodni Brzeg w wyniku wojny sześciodniowej. Krótki okres, gdy mogli do niego wchodzić wszyscy pielgrzymi niezależnie od wyznania, szybko minął. Raz po raz dochodziło tam do dramatycznych incydentów, podczas których gniewny arabski tłum próbował linczować - niekiedy z powodzeniem - wchodzących i wychodzących żydów. Eskalacja nienawiści doprowadziła wkrótce do dwóch tragicznych wydarzeń. Podczas święta Jom Kippur w 1976 roku palestyńscy fanatycy zniszczyli święte zwoje Tory, zaś w 1994 roku pewien żydowski osadnik amerykańskiego pochodzenia doprowadził do masakry, gdy otworzył nagle ogień do modlących się na grobach Patriarchów muzułmanów. Od tego czasu sanktuarium jest podzielone na dwie części: żydowską synagogę z grobami Jakuba i Lei, oraz muzułmański meczet z grobami Izaaka i Rebeki. Obie części spinają dwa niewielkie pomieszczenia (jakby kaplice) z cenotafami Abrahama i Sary: można je oglądać zarówno z części żydowskiej jak i muzułmańskiej, ale wchodzić do nich nie wolno. Absolutnie zabroniony jest także z obu stron dostęp do pieczar, gdzie spoczywają sarkofagi i w których „być może" znajdują się zmumifikowane na modlę egipską ciała Patriarchów.

 

Gdy już przymierzaliśmy się do wejścia, okazało się, że część muzułmańska jest akurat zamknięta z powodu południowej modlitwy. Gdy podeszliśmy do części żydowskiej, to okazało się, że w szabat „gojów" się nie wpuszcza. Jako chrześcijanie moglibyśmy, być może, wejść w innym dniu, i to jeszcze w sytuacji, gdybyśmy nie budzili absolutnie żadnych podejrzeń. A tak mogliśmy jedynie poobserwować żydowskie rodziny udające się z dziećmi na sobotnie nabożeństwo. Nie pozostawało nic innego jak uzbroić się w cierpliwość i wrócić do muzułmańskiej „bramki". Obok niej zauważamy ciekawy grobowiec. Przybita na nim tabliczka informuje, że tu spoczywa Abner, szlachetny wódz króla Saula, zabity podstępnie przez Joaba, bezwzględnego dowódcę wojsk króla Dawida (por. 2Sm 3,20-34). Potęguje to jeszcze bardziej przenikający nas dreszcz grozy... Cóż to za ponure miejsce!

 

Zapomniana spuścizna Ojców wiary

Gdy czas południowej modlitwy dobiega końca, Rami prowadzi nas do bramki, a sam idzie do szefa budki wartowniczej. Gdy my poddajemy się skrupulatnej kontroli, on wyjaśnia wyraźnie źle nastrojonym stróżom miejsca, że jesteśmy pokojowymi chrześcijanami, którzy specjalnie przyjechali z bardzo daleka ze względu na wielkiego proroka Ibrahima (tak po arabsku zwie się Abraham). Po chwili okazuje się, że perswazja okazała się skuteczna. Idziemy dalej długim przejściem, przechodzimy przez wielką bramę do przedsionka, po czym okazuje się, że panie muszą przebrać się w dość okropne brązowe płaszcze z wielkimi kapturami na głowę. Wyglądają w tym rzeczywiście jedynie odrobinę bardziej atrakcyjnie od worków z ziemniakami... Zaraz jednak kompensują sobie tę niewątpliwą przykrość pamiątkowym zdjęciem obok cenotafu Sary.

 

Następnie wchodzimy do ogromnego pomieszczenia meczetu wyścielanego dywanami. Od razu dostrzegamy grobowce Izaaka i Rebeki: są to niewielkie czworokątne budki zwieńczone piramidkami i dekorowane w charakterystyczne kremowo-czerwone pasy. Na uwagę zwraca także cudowny minbar z epoki Saladyna, czyli ambona, na którą zawsze wchodzi się po przypominających drabinę schodkach. Gdy dochodzimy do zielonego cenotafu Abrahama, za kratą, z synagogi po drugiej stronie, dobiegają do nas radosne odgłosy pieśni śpiewanej przez żydowskie dzieci. Stojący obok arabski chłopiec pokazuje nam z przejęciem kamień z odciskiem stopy Abrahama. Towarzyszące nam napięcie opada.

 

Potem podchodzimy do eleganckiej pokrywy otworu zasłaniającej wejście do groty. Ma ona kształt dwunastolistnej rozety, a przez jej szybę można spojrzeć w dół, tam, gdzie ponoć spoczywają Patriarchowie. Podobno w latach 1968-94 można było w tym miejscu zejść po schodkach aż do grobowych pieczar... przynajmniej do pierwszej z nich. Zatrzymujemy się tam parę minut trwając w modlitewnej zadumie.

 

Czy Patriarchowie rzeczywiście zasłużyli sobie na to, aby nad ich grobami działo się aż tyle strasznych rzeczy? Czy oni sami byli ludźmi krwi i nienawiści, aby rozpalać do czerwoności religijne emocje wyznawców jedynego Boga, dziedziców ich duchowej spuścizny? Na kartach Biblii tego zupełnie nie dostrzegamy, wręcz przeciwnie, widzimy pokojowo nastawionych przybyszów, którzy starają się zawierać układy z miejscowymi władcami (por. Rdz 21,22-31 i Rdz 26,26-33) i którzy uczciwie nabywają prawa do ziemi i wody płacąc za nie sztukami srebra (por. Rdz 23,3-20 i Rdz 33,18-20). Za jedyny wyraźny zgrzyt możemy jedynie uznać incydent z Sychem, gdy synowie Jakuba, Symeon i Lewi, przystąpili do krwawej pacyfikacji jego mieszkańców mszcząc się za dyshonor siostry (por. Rdz 34,1-31). Ale sam Jakub przeklął ten czyn w swoim testamencie w jakże twardych słowach:

 

Symeon i Lewi, bracia, narzędziami gwałtu były ich miecze.
Do ich zmowy się nie przyłączę, z ich knowaniem nie złączę mej sławy;
gdyż w gniewie swym mordowali ludzi i w swej swawoli kaleczyli bydło.
Przeklęty ten ich gniew, gdyż był gwałtowny, i ich zawziętość, gdyż była okrucieństwem!
Rozproszę ich więc w Jakubie i rozdrobnię ich w Izraelu. (Rdz 49,5-7)


Ciekawe, że Koran jak najbardziej przyłącza się do tej opinii:


Zaprawdę, Abraham był współczującym, wspaniałomyślnym! (sura 9,114)
Zaprawdę, Abraham był łagodny, pokorny, nawracający się w skrusze! (sura 11,75)


Ale kto dziś zwraca uwagę na ten przykład?

 

Lament na grobie Józefa

Spontanicznie cofam się tu myślą do poprzedniej wyprawy do Studni Jakubowej w Nablus. Wiedziałem, że tuż obok niej powinien znajdować się grób Józefa, syna Jakuba, sprzedanego przez braci w niewolę (por Rdz 37.) i który potem, jako prawa ręka egipskiego Faraona, stał się ich wybawcą podczas klęski głodu (por. Rdz 39. - 45.). Rami bardzo nie chciał nas tam zaprowadzić. Najpierw kluczył gdzieś samochodem, aby nas zniechęcić, w końcu jednak dał za wygraną i zawiózł nas na miejsce. Wtedy naszym oczom ukazał się wstrząsający widok: rozwalony doszczętnie grób z potrzaskaną kopułą a wewnątrz kałuże brudnej wody i śmieci.

 

Jak mogło do tego dojść? Jak to się stało, że grób Józefa, jeszcze wiek temu zgodnie czczony przez żydów, samarytan, chrześcijan i muzułmanów, stał się obiektem aż tak wielkiej nienawiści? Jest to, niestety, historia niemal identyczna jak ta z Hebronu. Po wojnie sześciodniowej teren grobu żydowscy osadnicy przekształcili w synagogę i jesziwę (szkołę religijną). Wobec nasilających się ataków ludności palestyńskiej pojawiało się coraz więcej wojska, które miało zapewnić im ochronę. Wreszcie w roku 2000, w trakcie drugiej intifady (powstania ludności palestyńskiej przeciwko izraelskiej okupacji) stało się właśnie to, co się stało. Odtąd Żydów już tam nie ma, a teraz, jeśli już pielgrzymują do grobu Józefa, to chyłkiem, pod osłoną nocy i armii.

 

Zachowanie muzułmanów można by uznać za dziwne i niestosowne, bo przecież w Koranie Józef jest opisany jako święty mąż Boży, a jego perypetiom poświęcona jest cała sura 12. Niezwykłe jest to, że powtarza ona dość dokładnie znaną nam biblijną narrację dodając tylko niewielką ilość nowych szczegółów. Dlaczego mieliby zatem niszczyć jego grób? Wyjaśnienie okazuje się banalne: tradycja muzułmańska uważa, że Józef został pochowany w grocie Makpela razem z innymi Patriarchami, zaś grób w Sychem jest jedynie żydowskim wymysłem. Jakiś mułła musiał to wcześniej wyjaśnić mieszkańcom Nablus tak, aby nie mieli w tym względzie żadnych skrupułów.

 

Żydzi mogą słusznie uważać, że ich wielki Rodak drugi raz doświadcza podobnej przemocy z rąk swych semickich braci. Czyż kraje arabskie nie rzuciły się w 1948 roku na świeżo powstały Izrael z nieskrywaną chęcią unicestwienia go? Czy nie głosiły otwarcie, że chcą siedemset tysięcy ówczesnych żydowskich osadników „wrzucić do morza"? Czy wielki mufti Jerozolimy osobiście nie pomagał Hitlerowi (i to nawet w Berlinie!) nad „ostatecznym rozwiązaniem" kwestii żydowskiej? I czy Arabowie nie kierowali się przypadkiem morderczą zazdrością widząc, że ich żydowscy bracia są bardziej inteligentni, lepiej wykształceni i że odnoszą ewidentne sukcesy zagospodarowywaniu palestyńskich pustyń i bagnisk?

 

Lecz tak jak Józefa bronił jego starszy brat, Ruben (por. Rdz 37,21-22), tak też w przypadku Izraela podobną sprawiedliwością okazał się jordański król Abdullah. Przyznawał bowiem otwarcie, że żydowscy osadnicy mogą okazać się dla zapóźnionych cywilizacyjnie Palestyńczyków błogosławieństwem, zaś Izrael, jako niezależne państwo, może stać się zalążkiem odrodzenia gospodarczego wszystkich ościennych krajów arabskich. Za te poglądy zapłacił wkrótce życiem: w 1951 roku zginął z rąk fanatyka w meczecie Al-Aksa na jerozolimskim wzgórzu świątynnym.

 

Rozwiązanie arabsko-żydowskiego konfliktu wymagałoby od każdej ze stron stanięcia w prawdzie, przyznania się do złych zamiarów wobec sąsiada, a potem - do wspaniałomyślnego udzielenia przebaczenia i puszczenia dawnych urazów w niepamięć. Wspólna pamięć o Józefie powinna ich do tego właśnie zobowiązywać. Czyż Józef nie mówi w Biblii:

 

Nie bójcie się. Czyż ja jestem na miejscu Boga? Wy niegdyś knuliście zło przeciwko mnie, Bóg jednak zamierzył to jako dobro, żeby sprawić to, co jest dzisiaj, że przeżył wielki naród. Teraz więc nie bójcie się: będę żywił was i dzieci wasze. (Rdz 50,19b-21a)

 

...a także w Koranie, bardzo podobnie:

 

Niech żadna nagana nie spadnie dziś na was! Niech Bóg wam przebaczy! On jest Najmiłosierniejszy z tych, którzy czynią miłosierdzie! (sura 12,92)


Czyż nie powinno się oddać czci jego pamięci przez postępowanie podobne do jego postępowania?

 

Pod dębem Mamre

Pogrążeni w niewesołych refleksjach zmierzamy następnie do sanktuarium dębu Mamre znajdującego się dziś na peryferiach Hebronu. Od XIX w. jest to własność rosyjska, a miejscowi zwą ją Moskowijja. Obecnie posesja jest otoczona wysokim murem wzmocnionym dodatkowo zasiekami z drutu kolczastego. Rami okrąża ją samochodem na próżno usiłując znaleźć bramę wjazdową. W końcu natrafia na jakiś duży arabski napis: okazuje się, że jest to numer telefonu do strażnika. Rami chwyta za swoją komórkę, a po kilku chwilach rozmowy mur w najmniej oczekiwanym miejscu rozsuwa się... i wjeżdżamy do wielkiego ogrodu.

 

Jeszcze paręset metrów jazdy - i stajemy przed kamiennym kościołem nawiązującym architekturą do stojącej ongiś na tym miejscu świątyni krzyżowców. Nieco dalej dostrzegamy pozostałości masywnych fortyfikacji z XII w. Jeszcze jedna interwencja naszego niezmordowanego przewodnika - i oto stoi przed nami prawosławny mnich z pękiem kluczy. Uśmiechając się zaprasza nas do środka.

 

W kościele jest dość ciemno, ale nie na tyle, aby nie dostrzec piękna niezwykłych ikon wyeksponowanych nie tylko w ikonostasie, ale także na wszystkich niemal bocznych kaplicach i ścianach. Mnich oprowadza nas po rosyjsku, zwracając naszą uwagę na najcenniejsze z nich. Niektóre ikony zostały bowiem sporządzone na deskach pochodzących z drewna dębu Mamre! Na końcu wizyty mnich dziękuje nam serdecznie, że przyjechaliśmy tutaj. Wszyscy jesteśmy wzruszeni. Aby tu dotrzeć, trzeba naprawdę tego chcieć!

 

Potem idziemy alejką w stronę dębu, pod którym Abraham gościł u zarania dziejów zbawienia Trzech Wędrowców (por Rdz 18,1-16). Dla Kościoła prawosławnego jest to święte miejsce, w którym po raz pierwszy Bóg objawił się człowiekowi jako Trójca. Obecnie z dębu Mamre pozostał tylko mocno sczerniały pień wznoszący patetycznie w niebo swe poskręcane konary. Mnich wyjaśnił nam już przedtem, że po raz ostatni drzewo wypuściło listki w jubileuszowym roku 2000. Domyślamy się, dlaczego właśnie wtedy obumarło. Po wizycie papieża Jana Pawła II w marcu wydawało się, że lada chwila zostanie podpisane porozumienie przewidujące powstanie niepodległego państwa palestyńskiego i umiędzynarodowienie jerozolimskiego Starego Miasta ze wszystkimi znaczącymi sanktuariami trojga religii. Niestety zamiast tego w czerwcu wybuchła intifada.


U Boga wszystko jest możliwe

Wtedy właśnie przypominamy sobie, że to właśnie tutaj kilkadziesiąt wieków temu padły z ust jednego z Wędrowców znamienne słowa:

 

Czy jest coś, co byłoby niemożliwe dla Pana? Za rok o tej porze wrócę do ciebie, i Sara będzie miała syna (Rdz 18,14)

 

Wydaje się, że prędzej stuletnia kobieta urodzi syna niż nadejdzie pokój między skłóconymi dziećmi Abrahama, które już dawno temu rozeszły się trzema odrębnymi drogami. Tymczasem Pan Jezus - ten sam Wędrowiec! - wciąż nam przypomina: U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe (Mt 19,26). Gdy pod dębem Mamre wspominamy naszego Ojca w wierze, który wbrew nadziei uwierzył nadziei (Rz 4,18), natychmiast zwracamy się do naszego Zbawiciela ze słowami: Przymnóż nam wiary! (Łk 17,5). I niech na tej ziemi dla wszystkich dzieci Abrahama spełni się Obietnica twojego błogosławieństwa!

 

Jacek Święcki

 

Otwierany 19 razy Źródło: katolik.pl Autor: Jacek Święcki
Ocena   
  Zarejestruj / zaloguj się, aby oceniać
Komentarze   
Do tej pory nikt nie komentował
Twój komentarz   


Logowanie
Login
Hasło
Zakładanie konta
Wyróżnione teksty
Galeria naszego kościoła