Miejsca prób i pokus- Tam gdzie ziemia dotyka nieba - cz.X
Dodano dnia 11.01.2018 10:36
Wędrówka Izraela po pustyni trwała czterdzieści lat. U jej kresu Izraelici rozłożyli się na równinach Moabu nad Jordanem, naprzeciw Jerycha (Lb 36,13) i tam też Mojżesz miał im powtórzyć raz jeszcze całe Prawo, które stopniowo otrzymywał od Pana podczas długiej drogi liczącej równo czterdzieści obozowisk (por. Lb 33,1-49). Oznajmił im także, że nie wejdzie z nimi do Ziemi Obiecanej, lecz zobaczy ją jedynie ze szczytu góry Nebo i tam też umrze, ponieważ nie zawsze był Bogu wierny i nie zawsze okazywał wobec nich jego świętość (por. Pwt 32,48-52). Odtąd jego następcą będzie Jozue, syn Nuna, mąż pełen Ducha (por. Lb 27,15-23), który już przedtem uczestniczył w zwiadzie po krainie Kanaan, i który nigdy nie zwątpił w Boże obietnice odnośnie objęcia jej w posiadanie (por. Lb 14,6-9).

 

Równocześnie warto sobie uświadomić, że całkiem blisko Nebo, ale już po drugiej stronie Jordanu, w pobliżu Jerycha, wznosi się inna góra, która, według tradycji chrześcijańskiej, miała być miejscem czterdziestodniowego przebywania Jezusa na pustyni. Jej położenie zdaje się wskazywać, że tam właśnie Syn Boży ponownie podjął niedokończoną misję Mojżesza. Odwiedziny obu tych miejsc nie pozostawiają nas obojętnymi.

 

Na górze Nebo

Góra Nebo (817 m. npm) znajduje się obecnie na terenie Jordanii, nieco ponad 30 kilometrów od Ammanu i kilkanaście kilometrów od miejsca, gdzie Jordan wpada do morza Martwego. Wznosi się ponad depresją doliny Jordanu o ponad 1200 metrów, zaś na wysokości wzroku, 40 kilometrów dalej, gdy jest tylko dobra widoczność, można z niej dostrzec mury Jerozolimy (860 m. npm). Na jej szczyt wiedzie obecnie dobra droga dostępna dla autokarów, tak że przewalają się przez nią istne tłumy pielgrzymów i turystów.

 

Już w połowie IV wieku powstało tam niewielkie chrześcijańskie sanktuarium upamiętniające śmierć Mojżesza. W VI wieku zostało ono rozbudowane do rozmiarów bazyliki, po której, oprócz fundamentów, pozostały wspaniałe, wzbudzające powszechny zachwyt wczesnochrześcijańskie mozaiki o rajskich motywach. Wszystko to odkopali i odrestaurowali franciszkanie Kustodii Ziemi Świętej, po tym jak odkupili to miejsce od okolicznych Beduinów w latach 30tych XX wieku. Prace konserwatorskie wciąż trwają, a gdy będą już ukończone, to być może znów ujrzymy starodawne sanktuarium przywrócone do dawnego blasku po kilkunastu wiekach zupełnego opuszczenia i zapomnienia.

 

Przybysze zatrzymują się najpierw przed kamienną tablicą, która upamiętnia domniemane miejsce śmierci Mojżesza, a następnie przechodzą na teren archeologiczny, gdzie mogą podziwiać wspomniane mozaiki i inne eksponaty, które restauratorzy zdecydowali się udostępnić. Niestety obecnie jest to tylko niewielka część obszaru dawnej bazyliki. Potem wchodzą na taras panoramiczny, skąd roztacza się pobudzający do zadumy rozległy widok na dolinę Jordanu i morze Martwe. Ostatni widok, który kontemplowały oczy starego Mojżesza, zupełnie wyczerpanego wymagającą służbą dla Najwyższego.

 

Spoglądając w dal, w stronę płowych wzgórz Judei rozciągniętych tuż za wyraźną granicą płynącej nisko w dole cienkiej strugi Jordanu, nie sposób nie zadać sobie pytania, dlaczego Bóg tak okrutnie postąpił z Mojżeszem. Wszak prosił on Boga: Chciałbym przejść, by zobaczyć tę piękną ziemię za Jordanem i te piękne góry, i Liban (Pwt 3,25), lecz w odpowiedzi usłyszał jedynie szorstkie upomnienie: Dość, nie mów Mi o tym więcej! Wejdź na szczyt Pisga i podnieś oczy na zachód, północ, południe, wschód i oglądaj krainę na własne oczy, bo tego Jordanu nie przejdziesz (Pwt 3,26b-27). Czyżby jeden jedyny moment słabości okazany przy drugim wyprowadzeniu wody ze skały (por. Lb, 20,2-13) zasługiwał na tak wielką karę? Czyżby zostały zapomniane niezliczone inne sytuacje, w których Mojżesz okazał Panu wierność?

 

Wbrew pozorom, jest to ważne pytanie. Chodzi przecież o obraz Boga, którego aż nazbyt często wyobrażamy sobie jako księgowego zliczającego skrupulatnie wszystkie ludzkie czyny w kolumnach „Winien" i „Ma", aby sporządzić z nich odpowiedni bilans na dzień sądu. Jeśli Mojżesz nie zasłużył na wejście do Ziemi Obiecanej z powodu jednej nieznacznej niedoskonałości, to jakie szanse na wejście do Nieba ma ktokolwiek z nas? Czy sam Bóg nie mówi o Mojżeszu: Uznany jest za wiernego w całym moim domu (Lb 12,7b)?

 

Miedziany wąż

Odpowiedź jest dosłownie za plecami. Tak, to nie żarty! Jakby dla przypomnienia niezliczonych prób, jakie naród wybrany musiał przejść w czasie swej wędrówki po pustyni, z tyłu tarasu ustawiono współczesną rzeźbę miedzianego węża na palu w formie krzyża. Znamienną reminiscencję buntu Izraelitów na pustyni, która sprowadziła na nich jadowite węże, oraz ich cudownego uzdrowienia od śmiertelnego jadu (por. Lb 21,4-9). Na epizod ten powołuje się także sam Jezus, gdy tłumaczy Nikodemowi sens powtórnych narodzin, bez których nikt nie ujrzy jego Królestwa (por. J 3,14-15).

 

Na ogół nie za bardzo rozumiemy, dlaczego Bóg nakazał umierającym buntownikom spoglądać na miedzianego (a właściwie spiżowego) węża obiecując: Wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu (Lb 21,8b). Wąż to przecież symbol kusiciela, a nie Zbawiciela! To on przecież zwiódł pierwszych ludzi (por. Rdz 3,1-5), a teraz właśnie sprowokował ich do buntu! I dlaczego Jezus się z nim porównuje? Czyżby wąż występował tu w roli uzdrowiciela, niczym grecki bożek Eskulap? Zapewne nie...

 

Paradoks wyjaśnia się w subtelnej grze hebrajskich słów. Otóż nachasz nechoszet (hebr. wąż spiżowy) brzmi tak, jakby po polsku rzec wąż z wężowiny. Dodatkowo po hebrajsku liczba mnoga nechaszim oznacza nie tylko węże, ale także czary, wróżenie i magię. To zaś przypomina stanowczy nakaz Prawa lo tenachaszu, nie będziecie uprawiać czarów (Kpł 19,26). Z pewnością Izraelici woleliby wtedy, aby Mojżesz za pomocą czarów dał im pokarmy, które pozostawili w Egipcie, zamiast zdać się na lichą mannę, którą dawał im codziennie wierny Bóg, ale która im coraz bardziej brzydła...

 

Tak więc rzeczywiście wywyższony na palu gad jest dla spoglądających na niego jakąś kwintesencją perfidnej pokusy oraz postawy buntu i niewiary wobec Boga. Jest obrazem grzechu, któremu ulegli Izraelici na pustyni. Stanięcie z nim oko w oko miało wywołać wewnętrzny wstrząs i odruch nawrócenia. Potwierdza to napisany dużo później komentarz:

 

Dla przypomnienia mów Twoich byli kąsani, i zaraz mieli ratunek, by nie popadli w głębokie zapomnienie [o Tobie] i nie stali się niegodni Twojej dobroci. Nie zioła ich uzdrowiły ani nie okłady, lecz słowo Twe, Panie, co wszystko uzdrawia. (Mdr 16,11-12)

 

Podobnie jest także, gdy spoglądamy na postać ukrzyżowanego Syna Bożego. W zmasakrowanym ciele tego, który był bez grzechu, widać przecież cały ludzki grzech, który doprowadził go do tego stanu. Patrzący na niego musi wybrać, czy dalej chce iść jałową drogą niewiary i buntu, która kończy się straszną śmiercią, czy też drogą ufności do Boga, który pragnie każdego człowieka bezpiecznie przeprowadzić przez wszystkie jałowe pustynie jego życia i obdarzyć uzdrowieniem. Równocześnie zaczyna też rozumieć, że wiszący na krzyżu Jezus z pewnością musiał pokonać wszelkie możliwe pokusy buntu wobec Boga przeciwstawiając im - aż do końca! - swe synowskie posłuszeństwo i zaufanie. Dlatego to on właśnie, a nie Mojżesz, jest właściwym Przewodnikiem w drodze do Ziemi Obiecanej.

 

Jozue czy Jezus?

Pozostaje pytanie, dlaczego Bóg wybrał w miejsce Mojżesza Jozuego, skoro z pewnością nie był on człowiekiem doskonalszym od Mojżesza. Pismo wszak mówi:

 

Nie powstał więcej w Izraelu prorok podobny do Mojżesza, który by poznał Pana twarzą w twarz, ani [równy] we wszystkich znakach i cudach, które polecił mu Pan czynić w ziemi egipskiej wobec faraona, wszystkich sług jego i całego jego kraju; ani równy mocą ręki i całą wielką grozą, jaką wywołał Mojżesz na oczach całego Izraela. (Pwt 34,10-12)

 

Spodziewalibyśmy się raczej, że Izraelici powinni czekać na równinie pod Nebo aż do pojawienia się Mesjasza przewyższającego we wszystkim Mojżesza.

 

Otóż i na to jest - dość zaskakująca! - odpowiedź. Niewielu z nas zapewne wie, że „Jozue" i „Jezus" to te same imiona, tyle tylko, że pierwszy wariant jest hebrajski (Jehoszua, a w ściągniętej aramejskiej formie Jeszua, co znaczy dosłownie Jahwe zbawia), zaś drugi jest grecki (Iesous w Nowym Testamencie oznacza zarówno Jezusa jak i Jozuego wspominanego np. w Hbr 4,8). Jozue wprowadził Izraelitów do krainy Kanaan jako zapowiedź „innego Jozuego", to jest Jezusa, poprzez którego Bóg uwalnia nas spod władzy ciemności i przenosi do swego Królestwa (por. Kol 1,13).

 

Jego zbawienie nie polega jednak na podboju jakiegoś terytorium, na którym można by bezpiecznie osiąść, ale na tym, iż każdy z nas odzyskuje własną tożsamość zagrabioną u samych początków ludzkich dziejów przez diabła, wchodzi w rzeczywiste posiadanie samego siebie i staje się takim, jakim od zawsze Bóg go chciał mieć. To znaczy synem doskonale upodobnionym do Jednorodzonego Syna Bożego. Pozyskanie dla nas takiej właśnie Ziemi Obiecanej wymagało od Jezusa zwycięstwa we wszystkich pokusach i próbach, przez które ongiś przeszli na pustyni Izraelici pod wodzą Mojżesza i których to nie byli w stanie pokonać.

 

Na górze Kuszenia

Przenieśmy się zatem na drugi brzeg Jordanu, na górę pod Jerychem, która według starożytnej tradycji chrześcijańskiej, poświadczonej przez świętą cesarzową Helenę na początku IV wieku, jest opisanym przez Ewangelistów miejscem przebywania Jezusa na pustyni. Wznosi się ona 350 metrów npm. zaledwie 3 kilometry na północny wschód od centrum Jerycha, na skraju pustyni judzkiej. W czasach, gdy władzę nad Izraelem sprawowali bohaterscy Machabeusze, jej szczyt zajmowała niewielka twierdza Dok. Tam też zięć arcykapłana i wodza żydowskiego Szymona dokonał na nim i na jego dwóch synach podstępnego mordu (por. 1Mch 16,11-17). Jaskinia, gdzie miał przebywać Jezus, znajduje się niemal dokładnie w połowie góry i tam też od początku ruchu monastycznego powstawały kolejne pustelnie i klasztory. Ponadto krzyżowcy wybudowali na szczycie otoczony murami kościół Kwarantanny (czyli Czterdziestu Dni), który szybko po ich odwrocie popadł w ruinę.

 

Współczesny klasztor został odnowiony i rozbudowany pod koniec XIX wieku przez prawosławnych greckich mnichów wspomaganych finansowo przez Rosję. Próba odbudowy kościoła na szczycie góry nie powiodła się: pozostał po niej jedynie rozległy mur. Dziś jest to teren wojskowy najeżony masztami i radarami izraelskiej armii. Do klasztoru wiedzie droga po schodach wykutych w skale, którą jednak mało kto chodzi. Wszystko to dlatego, iż dla wygodnych turystów zbudowano kolejkę linową, która ich podwozi na platformę widokową przygotowaną tuż obok klasztoru. Stamtąd zaś - o ile klasztor jest w tym czasie otwarty - mogą udać się do niewielkiej kaplicy w grocie i zobaczyć kamień, na którym sam Chrystus miał modlić się i pościć przez czterdzieści dni.

 

Wrażenia przybysza mogą być bardzo różne. Z dołu góra nie wygląda zbyt pięknie, niektórzy przyrównują ją wręcz do kupy cementu na placu budowy. Przyklejony do skały klasztor robi jednak wrażenie swoimi stylowymi murkami, wieżyczkami i schodkami. Urwisko pod klasztorem jest jakby przeciwieństwem jego harmonijnego piękna: jest to nieco przerażająca czarna dziura, na którą co wrażliwsze osoby nie mogą zbyt długo patrzeć. Po wjeździe kolejką lepiej jest po prostu spojrzeć przed siebie, aby pocieszyć wzrok wspaniałą panoramą doliny Jordanu na wschodzie, tudzież widocznymi nieco bliżej zielonymi gajami Jerycha, miasta tysiąca palm. Niestety obecnie nie można wspiąć się na sam szczyt góry, aby spojrzeć na zachód w stronę Jerozolimy. Wtedy można by także dostrzec pozostałości po potężnym pałacu króla Heroda.

 

Duchowa walka Jezusa

Położenie miejsca kuszenia Syna Bożego może nas mocno zadziwić. Gdy czytamy Ewangelie, wyobrażamy sobie być może jakąś „prawdziwą" pustynię znaną z albumów i turystycznych folderów, z żółciutkimi wydmami, oazami, wielbłądami i tym podobnymi akcesoriami, oddaloną o dziesiątki kilometrów od najbliżej osady. A tu jest góra, jaskinia nad przepaścią, czarny żwir i kamienie, a do centrum całkiem sporego miasta jest tylko godzina drogi. Gdy natchniony Autor relacjonuje, że Jezus po czterdziestu dniach postu poczuł głód, zaś diabeł sugerował mu, aby przemienił leżące obok kamienie w chleby, być może sądzimy, że wskazał mu on po prostu środek na uniknięcie śmierci głodowej. Teraz jednak, w takim właśnie otoczeniu, musimy zmienić zdanie co do sensu potrójnej próby Syna Bożego.

 

Jezus wchodzi w pokusy zastawione na niego przez diabła dobrowolnie, prowadzony przez Ducha, który ukazał się nad nim w czasie chrztu w Jordanie (por. Mk 1,12). Jako ten, który miał wyprowadzić swój lud z niewoli grzechu, musiał przecież pokazać nam wszystkim, jak należy wyplątać się z matni, w jakiej znaleźliśmy się wszyscy w wyniku upadku Prarodziców. Stawia się zatem w nasze własne położenie, ludzi żyjących w nieustannej grozie śmierci, lecz mających stale przed oczami, gdzieś tam daleko, daleko - zawsze przed sobą, niedościgłe marzenia o własnej mocy i wielkości. Raz spoglądającym ku przerażającej przepaści, raz zaś -ku rozkosznym krajobrazom w dali.

 

Diabeł kusi Jezusa tym, co zawsze przynosiło mu szybkie zwycięstwa. Po pierwsze, jest to strach przed tym, że czegoś absolutnie niezbędnego może zabraknąć. Mówi: Jeśli czujesz głód, to przecież możesz zgrzeszyć, aby go zaspokoić. Podobnie, jeśli czujesz chłód, nie masz dachu nad głową, jesteś samotny... Potrzeby twojego ciała są przecież ważniejsze niż arbitralne rozporządzenia Boga, duchowej istoty, która w ogóle nie odczuwa głodu, pragnienia chłodu i tym podobnych dolegliwości. Namawia Jezusa, aby zaspokoił głód poprzez czary (por. Mt 4,3), wbrew przykazaniu lo tenahaszu, którego ilustracją był spiżowy wąż. Ten jednak wie, że prawdziwym pokarmem człowieka jest pełnienie woli Bożej (por. J 4,34) i ufność wobec Słowa obietnicy (por. Ps 56,5).

 

Druga próba odwołuje się do ludzkich „snów o potędze", do odwiecznej pokusy, aby być jak bogowie (por. Rdz 3,5) i móc czynić wszystko, na co tylko ma się ochotę. Ponadto człowiek czuje w głębi siebie, że jest powołany do bardzo wielkich rzeczy, bo jest przecież stworzony na obraz samego Boga (por Rdz 1,27), i próbuje je jakoś wcielić w życie. Diabeł sugeruje zatem Jezusowi, aby rzucił się z narożnika świątyni w dół i cudowną interwencją aniołów zadziwił świat (por. Mt 4,5-6). Bo iluż to z nas dla sławy nie zaryzykowałoby zdrowia i życia? A że Boża wola i powołanie są inne? A któż by się tym przejmował! Diabeł szepce: Tylko taki Bóg jest do przyjęcia, którym możesz się posłużyć do realizacji twoich zamiarów - nikogo innego nie potrzebujesz. Jezus jednak wie, że Bóg chce człowiekowi dać znacznie więcej, ponad wszelkie wyobrażenia, marzenia i pragnienia (por. 1Kor 2,9).

 

Wreszcie przychodzi pokusa wykorzystująca w przewrotny sposób ludzką godność i powołanie do czynienia sobie ziemi poddanej. Człowiek jest przecież tylko sługą, któremu Bóg oddał cały świat widzialny, aby go uprawiał i strzegł (por. Rdz 2,15). Diabeł zaś nieustannie namawia człowieka, aby wypowiedział Bogu posłuszeństwo i przejął świat z całym jego bogactwem wyłącznie dla siebie. Mówi: Weź sobie na własność to, czym teraz jedynie zarządzasz - i bądź szczęśliwy! Żąda oddania mu pokłonu (por. Mt 4,9), bo to on przecież zbuntował się jako pierwszy, zatem ten, kto chce pójść w jego ślady musi najpierw uznać jego autorytet. Tymczasem Jezus znajduje się przecież na szczycie góry, gdzie w bezwzględnej walce o władzę i związane z nią bogactwa dopuszczono się sto sześćdziesiąt lat przedtem potwornej zbrodni. Widzi także w dole pałac króla Heroda, w którym ów okrutny tyran umierał w straszliwych mękach w tych właśnie dniach, gdy on rodził się w Betlejem. Ma przed oczami żywą ilustrację tego, jak kończą ci, którzy wypowiadają wobec Boga butne „Nie będę ci służył" (por. Jer 2,20).

 

Tam gdzie diabeł Herodowi doradzał

Z góry, gdzie Jezus zwycięsko oparł się trzem pokusom, przenieśmy się zatem jeszcze na górę w samym środku pustyni, gdzie król Herod znajdował perfidną przyjemność w uleganiu im. Miejscem tym jest Masada, twierdza położona na południowo-wschodnich obrzeżach północnego basenu morza Martwego. Wznosi się ona około 400 metrów ponad jego taflą, czyli niemal dokładnie na poziomie morza. Jej romboidalny szczyt o wymiarach 270 na 55 metrów jest zupełnie płaski i doskonale nadaje się do zabudowy.

 

Król Herod odkrył tę górę przypadkowo, gdy w 40 roku pne. chronił się tam przed najazdem Partów. Od razu uznał, że jest to idealne miejsce do ucieczki, a jako forteca będzie w zasadzie nie do zdobycia. Następnie wznosił twierdzę przez około 25 lat wyposażając ją nie tylko we wszystko, co jest potrzebne do obrony i przetrwania, ale też w luksusowe pałace, łaźnie i miejsca kultu. Podziw wzbudzają ogromne cysterny służące do gromadzenia deszczówki pochodzącej z obfitych opadów, które zdarzają się tam bardzo rzadko, niekiedy tylko raz na pięć lat. Wypoczynek zapewniał królowi przyklejony do skały taras na północnym zboczu góry kilkadziesiąt metrów pod szczytem; także i dziś czuje się tam łagodną morską bryzę. Zaś szybką komunikację zapewniały gołębie pocztowe, które mogły w błyskawicznym czasie dotrzeć do Jerozolimy lub do Macherontu, nieco mniejszej twierdzy położonej już po drugiej stronie morza Martwego niemal na wprost Masady.

 

Co ciekawe, król odwiedzał to miejsce dość często. Ma się wrażenie, że musiało go w czymś inspirować dzikie otoczenie, brak wszelkiego życia na nasączonej solą ziemi i zdradliwy błękit wód, w których wtedy jeszcze pływały ryby trafiające niekiedy do pałacowych spiżarni. W miłym powiewie północnego wiatru na tarasie zwieszonym tuż nad niemal pionową przepaścią snuł zapewne w zupełnej samotności plany i marzenia o tym, jak by to jeszcze bardziej sobie dogodzić, jakimi to jeszcze pałacami, świątyniami i miastami zadziwić świat - budował bowiem bardzo wiele - i jak umocnić swą władzę nad coraz to innymi ziemiami, które kolejno przyłączał do swego państwa za cichą aprobatą Rzymian. Udawał się na pustynię nie po to, aby walczyć z diabłem, jak Jezus, ale po to, aby się go radzić.

 

Po śmierci Heroda twierdzę przejęli Rzymianie, lecz nie strzegli jej zbyt starannie. W czasie antyrzymskiego powstania z 66 roku opanowali ją bez trudu zeloci, najbardziej fanatyczny odłam Żydów dążących do wyzwolenia Izraela spod obcej władzy wyłącznie siłą i terrorem. Byli oni postrachem nie tylko Rzymian, ale także swoich współbraci, których niekiedy głodem próbowali zmuszać do walki z okupantem. Talmud nie waha się nazywać ich birjonim, to znaczy „nieokrzesane dzikusy". Kres ich nieprzemyślanemu oporowi zadała 9-tysięczna rzymska armia. Przy pomocy niezliczonej ilości żydowskich jeńców i niewolników, zdołała usypać wiosną 73 roku skarpę, po której wjechały maszyny oblężnicze. Niemal tysięczna załoga twierdzy zdecydowała się wtedy na popełnienie zbiorowego samobójstwa nie chcąc doświadczyć na sobie rzymskiej zemsty. Był to ostatni punkt oporu tragicznego powstania, w wyniku którego Żydzi na kilkanaście wieków utracili obiecaną im Ziemię.

 

Potem jeszcze, za czasów bizantyjskich, usiłowali się tu osiedlić mnisi, po których pozostał jedynie skromny kościół z mozaikami. Lecz od VII wieku była tu już tylko zapomniana ruina. W latach 60tych XX wielu władze Izraela przypomniały sobie o Masadzie, bo postanowiły uczynić z niej legendę żydowskiej walki o niepodległość. Tu właśnie żołnierze składają przysięgę „Masada nigdy powtórnie nie padnie". Jest to wyraźny przekaz obywatelski: żydowskie państwo jest oblężoną z zewsząd twierdzą, której trzeba bronić za wszelką cenę.

 

Dziś jest tu łatwo dojechać z Jerozolimy autobusem, a podróż trwa niecałe dwie godziny. U stóp góry można zwiedzić przeciekawe muzeum historii twierdzy z licznymi znalezionymi na miejscu eksponatami, a potem wjechać na szczyt kolejką linową. Gdy tam byłem, trafiłem na bardzo nietypową pogodę. Najpierw przeszła burza z niemal półgodzinną ulewą. Potem ciemnofioletowe chmury przesunęły się z wolna ku jordańskim górom na przeciwległym brzegu morza Martwego - i wyszła tęcza. Znak nadziei, że nawet w tak strasznym, napełnionym diabelską obecnością miejscu, jest obecny Bóg i jego miłosierdzie:

 

Gdy będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze wieczne między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemi. (Rdz 9,16)

 

I nie wódź nas na pokuszenie

Wędrówka, którą odbyliśmy po miejscach tylu duchowych zmagań, uświadamia nam różnorodność postaw człowieka wobec prób i pokus, jakimi wypełnione jest jego życie. Widzimy tam zarówno Jezusa, Syna Bożego, który toczy z nimi zwycięski bój okupiony wielodniową modlitwą i postem, jak i Heroda, który niemal z zapałem za nimi podąża. Widzimy także Mojżesza, który przeciwstawia się im na tyle, na ile jego przyrodzona wytrzymałość mu na to pozwala. Czy im ulega? O tym nigdzie Pismo nie wspomina. Jeśli już cokolwiek Mojżeszowi zarzuca, to jedynie ogromne zniechęcenie, któremu się kilkukrotnie poddaje i zmęczenie ponadludzkim ciężarem, który został włożony na jego barki.

 

Ujawniło się to z całą siłą podczas nieszczęsnej próby w miejscu zwanym Meriba:

 

Zebrał Mojżesz wraz z Aaronem zgromadzenie przed skałą i wtedy rzekł do nich: «Słuchajcie, wy buntownicy! Czy potrafimy z tej skały wyprowadzić dla was wodę?» Następnie podniósł Mojżesz rękę i uderzył dwa razy laską w skałę. Wtedy wypłynęła woda tak obficie, że mógł się napić zarówno lud, jak i jego bydło. (Lb 20,9b-11)

 

Czy wina Mojżesza polegała na tym, że powinien był uderzyć w skałę tylko raz? Czy może na tym, że powinien, zgodnie z Bożym nakazem, jedynie przemówić do niej (por. Lb 20,8)?

 

Przypuszczalnie nie. Bóg nie to mu zarzuca, iż zwątpił w możliwość wyprowadzenia wody ze skały, lecz to, że nie okazał jego świętości wobec całego Izraela (por. Lb 20,12). Ta świętość przejawia się bowiem w nieskończonej cierpliwości Boga wobec grzeszników, w tym, że okazuje im swoje miłosierdzie nawet wtedy, gdy buntują się przeciw niemu i nie chcą go słuchać (por. Ez 39,25-29). Tę świętość był w stanie okazać jedynie Jezus, który trzciny zgniecionej nie złamał ani knota tlejącego nie dogasił (Mt 12,20). Mojżesz zaś zachował się jak ktoś, kto nie jest już w stanie dłużej znosić tych, którym Bóg chce okazać łaskę. Uderzył laską w skałę tak, jakby chciał nią zdzielić stojących przed nim buntowników, a nie po to, aby wyprowadzić dla nich wodę.

 

Ten etap pielgrzymki powinien nam uświadomić, jak bardzo powinniśmy prosić Pana, aby oszczędzał nam prób przekraczających naszą wytrzymałość. Bo nawet jeśli wyjdziemy z nich zwycięsko, to mogą one przecież umniejszyć jego świętość, to jest dobroć i miłosierdzie, w oczach naszych bliźnich. I aby nas nieustannie strzegł przed sidłem zniechęcenia.

 

cdn.

Jacek Święcki


Otwierany 381 razy Źródło: katolik.pl Autor: Jacek Święcki
Ocena   
  Zarejestruj / zaloguj się, aby oceniać
Komentarze   
Do tej pory nikt nie komentował
Twój komentarz   


Logowanie
Login
Hasło
Zakładanie konta
Wyróżnione teksty
Galeria naszego kościoła