Żadne
inne święta nie pokazują człowiekowi, jak bardzo jego myślenie różni
się od Bożego. Bóg chciałby świętować w zupełnie inny sposób, niż my
tego chcemy.
Boże Narodzenie to święta, na które nie tylko dzieci czekają cały rok.
Święty Mikołaj, choinka, prezenty, kolędy, zwierzęta mówiące ludzkim
głosem, a przede wszystkim śnieg tworzą tę niepowtarzalną aurę, za którą
tęsknimy. Czy zdajemy sobie jednak sprawę, jak cudowna rzeczywistość
ukrywa się pod zasłoną tych kultywowanych od dawna obyczajów
adwentowo-świątecznych? Niezwykłość tej rzeczywistości oddają słowa: „O,
zaiste błogosławiona noc, w której się łączy niebo z ziemią, sprawy
Boskie ze sprawami ludzkimi”, choć pochodzą z hymnu Exultet z liturgii
Wigilii Paschalnej.
Bożonarodzeniowe szaleństwo
Jezus narodzony w Betlejemskiej Grocie zmienia całe nasze myślenie.
Jakiś czas temu przyszło mi do głowy, że chyba jest coś nie tak z naszym
przeżywaniem świąt. Myjemy okna, pieczemy makowce, wydajemy mnóstwo
pieniędzy na dekoracje i prezenty, a przecież pierwsze Boże Narodzenie
odbyło się zupełnie inaczej. Gdyby przenieść je we współczesność, tak
jak próbował to uczynić Ernest Bryll, to Jezusa nie znaleźlibyśmy
bynajmniej w żadnym z dobrze zaopatrzonych na święta domów, tylko np. na
warszawskim Dworcu Centralnym lub w jakimś biednym zakątku Polski, na
terenach popegeerowskich czy popowodziowych. Miejsce i sposób, w jaki
narodził się Zbawiciel, są tak dalekie od naszych standardowych
wyobrażeń. Na swoje urodziny Jezus nie zaprosił nas do stołu, na
przyjęcie, ale do stajni, gdzie tylko w naszym mniemaniu było czysto i
porządnie. Nic nie mogło być zaplanowane, chociaż tak naprawdę było,
tylko znowu inaczej, niż moglibyśmy się domyślać. Nawet najwyżsi
dostojnicy żydowscy nie zostali zaproszeni na tę uroczystość. To, na co
czekał cały Izrael, dokonało się zupełnie poza nimi. Co to znaczy dla
nas? Chyba ni mniej, ni więcej tylko fakt, że najpiękniejsze święta to
niekoniecznie te przy obficie zastawionym stole, zaplanowane w
najdrobniejszych szczegółach. Także przy jednym wigilijnym daniu, może
nawet bez choinki, w szpitalu, bądź samotnie, tylko z opłatkiem i z
jednym gościem, Tym Niewidzialnym, jest Boże Narodzenie. Wygląda to na
szaleństwo, ale to Jezus pierwszy stał się szaleńcem z miłości do nas.
„Nie zdołamy nigdy – pisała św. Teresa od Dzieciątka Jezus w liście do
swojej rodzonej siostry Celiny – popełnić dla Niego takich szaleństw,
jakie On popełnił dla nas. Nasze uczynki są bowiem tylko aktami bardzo
rozumnymi i daleko niższymi od tego, czego miłość nasza pragnęłaby
dokonać”.
Święta dla „małych”
Miłość zstąpiła na ziemię, wierząc, że oczaruje nas swoją maleńkością.
Dlatego też pierwszymi zaproszonymi na noc świętowania byli – i są –
ludzie podobni do niej: równie mali, ci, którzy stracili bliskich,
zostali bez mieszkania, dopadły ich różne dolegliwości, uniemożliwiające
tradycyjne świętowanie; niewidomi, niesłyszący lub nie mogący
przygotować samodzielnie wieczerzy wigilijnej. „Naprawdę, Panie, Tyś
Bogiem ukrytym, Boże Izraela i Zbawco!” – śpiewamy w Liturgii Godzin (Iz
45, 15). Ta prawda objawia się wyjątkowo wyraźnie w świętą noc Bożego
Narodzenia. Właściwie tej nocy odsłaniają się przed nami wszystkie
najważniejsze prawdy naszej wiary, a więc nie tylko Narodzenie, ale
również Męka i Zmartwychwstanie. Naprawdę jest tak, jak napisał ojciec
Le Joly (kapelan Sióstr Matki Teresy z Kalkuty): „Bóg odsłania nam swoje
serce. Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem oni Boga oglądać będą”.
Jak więc świętować?
Czy jednak ktoś, kto dopiero co stracił niespodziewanie bliską osobę lub
nie może pójść na pasterkę czy nie ma choinki – znajdzie w tym
pociechę? Co ma zrobić, jeśli nie potrafi i nie chce zaakceptować zmian,
które dokonały się w jego życiu bynajmniej bez jego przyzwolenia?
Pogodzenie się z tym jest wynikiem łaski Bożej i otwarcia serca
człowieka na tę łaskę. Człowiek z zewnątrz nie zawsze może pomóc. W
każdym przypadku pozostaje modlitwa, ale nigdy nie można pozostawać
obojętnym.
Skoro Bóg stał się dzieckiem, które przychodzi po cichu, bardzo
delikatnie, to chyba chce, żeby człowiek doświadczony w ten właśnie
sposób nawiązał z Nim zupełnie nową relację. Bóg wchodzi do serca
człowieka przez pustynię i ciemność. W klauzurze cierpienia i samotności
mówi wyłącznie On sam i wydaje się, że świętowanie swoich narodzin chce
przeżywać sam na sam z pokaleczonym przez życie człowiekiem,
odbudowując w jego sercu swój ogród.
Bo miłość ponad wszystko
A jak świętować mogą ci, którzy dobrze się mają? Szaleństwem wydaje się,
że można by przeżyć te święta bez wszystkich potraw wigilijnych,
odrobinę mniej hucznie, poświęcając zaoszczędzone pieniądze na
hospicjum, jakąś fundację czy konkretnych potrzebujących. O miłości do
bliźniego zazwyczaj wszyscy przypominamy sobie przy okazji świąt – i
dobrze, że tak jest! – ale jak pojmujemy tę miłość? Najczęściej zbiera
się zabawki, czasem ubrania, składa się ofiary. Wszystko to są rzeczy
potrzebne, o ile są wykonywane z miłością do konkretnego człowieka.
Matka Teresa opowiadała historię chłopczyka, który przez cały tydzień
nie jadł cukru, aby ofiarować go dzieciom z Shishu Bhavan, domu dla
dzieci Matki Teresy w Kalkucie. „Aby kochać, należy do tej osoby blisko
podejść” – mówiła. Chodzi po prostu o to, aby poszukać sposobu, w jaki
można by naprawdę okazać miłość i wejść w świat jej przeżyć. Po prostu
kochać.
Agnieszka Kasprzak