Maja - Ela i Rafał
Dodano dnia 13.12.2011 16:02
Maja - Ela i Rafał (świadectwo)

Gdyby Maja urodziła się zdrowa, pewnie nie spotkałoby naszej rodziny tak olbrzymie doświadczenie Miłości
Cierpienie
uszlachetnia. Słyszeliśmy to tyle razy, ale doświadczyliśmy mocno
dopiero witając na świecie czwarte nasze dziecko. Ból z tym związany był
dotkliwszy dla nas, gdyż cierpienie - zarówno fizyczne jak i psychiczne
- przede wszystkim spotkało naszą córeczkę, Maję. Nam było dane
doświadczyć bezsilności, zdania się na innych - przede wszystkim na
wiedzę i doświadczenie lekarzy, i - jak się okazało później -
ostatecznie na miłosierdzie Boże. Czwarte dziecko w rodzinie to
pewien przełom. Nawet w tak prozaicznym wymiarze, jak konieczność zmiany
mieszkania na większe, czy samochodu na „vana”, bo tata Mai o
marzeniach o sportowym coupe już dawno zapomniał... To pogrzebanie na
kolejnych parę lat planów dotyczących wspólnych wypadów w góry, czy
rejsu po Mazurach. Bo mama sobie tego z takim maluchem nie wyobrażała. I
pewnie miała rację. Mimo wieloletniego stażu małżeńskiego,
zakochanych w sobie rodziców, trójki niemal stale roześmianych
dzieciaków, pracy nad sobą i małżeństwem w Domowym Kościele, wiele
jeszcze w nas było egoizmu, żalu związanego z niezrealizowanymi
marzeniami. Ela, małżonka, niczym biblijna Marta, mająca pretensje o
różne drobiazgi z domowego życia. Gdyby Maja urodziła się zdrowa...
pewnie nie spotkałoby naszej rodziny tak olbrzymie doświadczenie
Miłości. A doświadczaliśmy jej wówczas w nadmiarze od przyjaciół,
sąsiadów, krewnych, współpracowników. Nie rekompensowała ona cierpienia,
ale dawała wsparcie i siłę, tak potrzebną przede wszystkim matce Mai,
dla której na wiele tygodni domem stało się dziesiąte piętro szpitala
Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Tak bliskie wówczas były słowa Ojca
Blachnickiego z towarzyszącej nam w tych dniach książki „Rekolekcje
więzienne”: „Bo Bóg nie żąda od nas niczego więcej, jak spełnienia
zadania bieżącego, jak wytrwania w obowiązku chwili obecnej. A na tę
chwilę obecną zawsze daje wystarczającą łaskę”. Nie sposób opisać
bólu, który towarzyszył nam w szpitalu, gdzie trwaliśmy na zmianę przy
Mai podpiętej do wenflonów, karmionej przez sondę, skręconej z bólu z
regularnością każdego karmienia przez rurkę, bo inaczej już się nie
dało. Po tym jak przestawały działać środki znieczulające, pozostawało
tulić ją do siebie, trzymać swój palec w jej zaciśniętej z bólu rączce.
Wtedy kwadrans płaczu wydawał się godziną, w trakcie której nie można
było zebrać myśli. Zanim Maja trafiła do szpitala, przez pierwsze
trzy miesiące od narodzin stale utrzymywały się silne kolki, nie chciała
jeść, traciła wagę, gasła. Wizyty po lekarzach i kolejne niesprawdzone
jeszcze diagnozy, straszne brzmiące wyroki: porażenie mózgowe, wada
genetyczna, chore serce, cytomegalia, wzmożone napięcie mięśniowe,
refluks. Dla nas rodziców oznaczało to pełną mobilizację w sensie
organizacyjnym, uruchomienie wszelkich kontaktów, walkę o miejsce w w
najlepszym z możliwych szpitalu, dopilnowanie, by po ludzku niczego nie
zaniedbać. Z jednej strony „Panie, nie moja, ale Twoja wola niech się
stanie”, ale z drugiej - walka duchowa prowadzona przez przyjaciół z
Domowego Kościoła, rodzinę, czy dzieci z parafialnej scholi... W tym
czasie słowa „jedność w małżeństwie” miały już dla nas nowy sens. Bez
pretensji, bez czekania, że ktoś za kogoś coś zrobi, troska, by choć
trochę ulżyć w tym współcierpieniu małżonkowi, by zapewnić odrobinę
normalności pozostałej trójce dzieci. Własne „ja” zakopane głęboko. Czas
faktycznie goi rany zadane przez cierpienie. Zrosło się pozszywane
serduszko Mai, wykluczono porażenie, refluks i wiele innych diagnoz.
Lekarze dalej nie wiedzieli, co było powodem braku łaknienia, a Maja
nagle zaczęła sama wracać do zdrowia, niemal z dnia na dzień skończyły
się bóle związane z przyjmowaniem pokarmów. I choć jest obciążona
nieznaną nam do tej pory wadą genetyczną i wymaga jeszcze rehabilitacji,
to jej zdrowiu już nic nie zagraża. W swoim tempie ładnie rozwija się i
fizycznie, i umysłowo, a marcu skończy cztery lata. Z naszej „czwórki”
jest to najbardziej zapatrzone w rodziców, czułe, uśmiechnięte dziecko,
które promieniuje miłością i zachwyca odwiedzających nasz dom gości.
Maja jest dla nas bardzo cennym darem od Boga.
|
Otwierany 232 razy
|
Źródło:
angelus.pl
|
|
|