Świadectwa   
Świadectwo Miłosiernego
Dodano dnia 19.10.2011 14:59

Świadectwo Miłosiernego

Ciągle ktoś. Nawet w nocy się fatygowali do Jezusa. Bo boli, bo ulecz, dotknij, wytłumacz. Jak komuś coś siedziało „na wątrobie”, to też Jezusowi się dostawało za to, bezpodstawnie. On ma wciąż pełne ręce roboty i nawet nie ma zamiaru się uskarżać.

- To Ty nie widzisz, że córka mi umiera?
- Dlaczego Łazarz...?
- Jak mogłeś milczeć?
- To był mój jedyny syn... Teraz nie mam nikogo...
- Bluźnierco jeden Ty! Nie od Boga jesteś!
- Rabbuni..!
- Wybaw sam siebie!
- Powiedz, gdzie Go zabrali... Powiedz!

Ciągle ktoś. Nawet w nocy się fatygowali do Jezusa. Bo boli, bo ulecz, dotknij, wytłumacz. Jak komuś coś siedziało „na wątrobie”, to też Jezusowi się dostawało za to, bezpodstawnie. On ma wciąż pełne ręce roboty i nawet nie ma zamiaru się uskarżać.

No i przyszedł taki czas, kiedy i ja Mu wyrzuciłam swoje. Miejsce zdarzenia: Kraków, Łagiewniki. W roli głównej: Jezus Miłosierny i małe bezczelne nic, czyli ja.

To było w sierpniu, kiedy usilnie szukałam pracy. Do przysłowiowego „dziesiątego” mnóstwo czasu, a w moim portfelu 33 złote i 64 grosze. Na ponad 20 dni. I cisza...

Nie wytrzymałam. Włożyłam buty i popołudniem poszłam do kaplicy klasztornej, do Miłosiernego. Klęcząc, robiłam Mu wyrzuty: „Ty się o mnie troszczysz? Ty mi mówisz: nie bój się mała trzódko? (Łk 12,32a) Ty jesteś ten wielki i potężny Bóg, który może wszystko? (Łk 18,27) Chyba widzisz, że mam 33 złote i szukam tej pracy. Chyba widzisz, że się staram. A Ty co? Milczysz? Nie takiego Cię znam! Zrób coś! Przecież nie możesz się zaprzeć tego słowa, nie możesz się zaprzeć siebie samego! Proszę!”

I wyszłam. Jakby była możliwość, to pewnie bym jeszcze trzasnęła drzwiami i nawrzeszczała na głos. Łzy mi stanęły w oczach. Wizja autentycznego braku pieniędzy mnie przeraziła do tego stopnia, że właśnie Jemu się za to dostało.

Wracając do mojego domu po tej „awanturze”, już zaczęłam żałować mojej emocjonalności (my, kobiety tak mamy czasem... ;) ). No ale trudno. Pomyślałam: „Wrócę jutro, to przeproszę też w kaplicy...” I nagle zadzwonił telefon: „Dzień dobry, Kuba z tej strony. Nie chce mi się szukać dalej – czy mogłaby Pani przyjść do pracy pojutrze?”

Pewnie, że poszłam. Ale nim zaczęłam, to wróciłam do kaplicy – spojrzałam Mu w oczy, przeprosiłam i podziękowałam za kolejny mały-wielki cud.

I kolejny raz wracam do „Dzienniczka”. Tym razem Bóg przemówił przez słowa:
„Córko Moja, zapewniam ci stały dochód, z którego żyć będziesz. Twoim obowiązkiem jest zupełna ufność w dobroć Moją, a Moim obowiązkiem jest dać ci wszystko, czego potrzebujesz. Czynię się sam zależny od twojej ufności; jeżeli ufność twoja będzie wielka, to hojność Moja nie będzie znać miary. ” [Dz. 548]

Bo wierny jest Pan i nie może się zaprzeć Siebie Samego. Amen!

 

Otwierany 146 razy Źródło: bosko.pl Autor: Karolina Krawczyk
Ocena   
  Zarejestruj / zaloguj się, aby oceniać
Komentarze   
Do tej pory nikt nie komentował
Twój komentarz   
Imię  
Treść  


Logowanie
Login
Hasło
Zakładanie konta
Wyróżnione teksty
Wnętrze naszego kościoła