Świadectwo Miłosiernego
Ciągle ktoś. Nawet w nocy się fatygowali do Jezusa. Bo boli, bo ulecz,
dotknij, wytłumacz. Jak komuś coś siedziało „na wątrobie”, to też
Jezusowi się dostawało za to, bezpodstawnie. On ma wciąż pełne ręce
roboty i nawet nie ma zamiaru się uskarżać.
- To Ty nie widzisz, że córka mi umiera?
- Dlaczego Łazarz...?
- Jak mogłeś milczeć?
- To był mój jedyny syn... Teraz nie mam nikogo...
- Bluźnierco jeden Ty! Nie od Boga jesteś!
- Rabbuni..!
- Wybaw sam siebie!
- Powiedz, gdzie Go zabrali... Powiedz!
Ciągle ktoś. Nawet w nocy się fatygowali do Jezusa. Bo boli, bo
ulecz, dotknij, wytłumacz. Jak komuś coś siedziało „na wątrobie”, to też
Jezusowi się dostawało za to, bezpodstawnie. On ma wciąż pełne ręce
roboty i nawet nie ma zamiaru się uskarżać.
No i przyszedł taki czas, kiedy i ja Mu wyrzuciłam swoje. Miejsce
zdarzenia: Kraków, Łagiewniki. W roli głównej: Jezus Miłosierny i małe
bezczelne nic, czyli ja.
To było w sierpniu, kiedy usilnie szukałam pracy. Do przysłowiowego
„dziesiątego” mnóstwo czasu, a w moim portfelu 33 złote i 64 grosze. Na
ponad 20 dni. I cisza...
Nie wytrzymałam. Włożyłam buty i popołudniem poszłam do kaplicy
klasztornej, do Miłosiernego. Klęcząc, robiłam Mu wyrzuty: „Ty się o
mnie troszczysz? Ty mi mówisz: nie bój się mała trzódko? (Łk 12,32a) Ty
jesteś ten wielki i potężny Bóg, który może wszystko? (Łk 18,27) Chyba
widzisz, że mam 33 złote i szukam tej pracy. Chyba widzisz, że się
staram. A Ty co? Milczysz? Nie takiego Cię znam! Zrób coś! Przecież nie
możesz się zaprzeć tego słowa, nie możesz się zaprzeć siebie samego!
Proszę!”
I wyszłam. Jakby była możliwość, to pewnie bym jeszcze trzasnęła
drzwiami i nawrzeszczała na głos. Łzy mi stanęły w oczach. Wizja
autentycznego braku pieniędzy mnie przeraziła do tego stopnia, że
właśnie Jemu się za to dostało.
Wracając do mojego domu po tej „awanturze”, już zaczęłam żałować
mojej emocjonalności (my, kobiety tak mamy czasem... ;) ). No ale
trudno. Pomyślałam: „Wrócę jutro, to przeproszę też w kaplicy...” I
nagle zadzwonił telefon: „Dzień dobry, Kuba z tej strony. Nie chce mi
się szukać dalej – czy mogłaby Pani przyjść do pracy pojutrze?”
Pewnie, że poszłam. Ale nim zaczęłam, to wróciłam do kaplicy –
spojrzałam Mu w oczy, przeprosiłam i podziękowałam za kolejny
mały-wielki cud.
I kolejny raz wracam do „Dzienniczka”. Tym razem Bóg przemówił przez słowa:
„Córko Moja, zapewniam ci stały dochód, z którego żyć będziesz. Twoim
obowiązkiem jest zupełna ufność w dobroć Moją, a Moim obowiązkiem jest
dać ci wszystko, czego potrzebujesz. Czynię się sam zależny od twojej
ufności; jeżeli ufność twoja będzie wielka, to hojność Moja nie będzie
znać miary. ” [Dz. 548]
Bo wierny jest Pan i nie może się zaprzeć Siebie Samego. Amen!

|
Otwierany 146 razy
|
Źródło:
bosko.pl
|
Autor: Karolina Krawczyk |